Elvis Presley – The Wonder Of You (2016), recenzja Marty Muśko

0
180

Muzyka powinna poruszać odbiorcę – wewnętrznie i zewnętrznie. Melodia, która wzrusza, a innym razem wypełnia ciało rytmem. Słowa wypowiedziane przez samego autora, najlepiej oddają charakter jego twórczości. Rok od premiery światowego bestsellera If I Can Dream powstała jego kontynuacja – The Wonder Of You z piętnastoma kompozycjami, które po raz kolejny uszlachetniła Królewska Orkiestra Symfoniczna.

Dla jednych – ikona XX wieku, twórca popkultury i władca scen w Vegas, dla drugich – pochodzący z niewielkiego miasteczka Tupelo, skromny chłopak z gitarą, o nieskromnym talencie i artystycznej duszy. Dla wszystkich – Elvis Presley, którego muzykę kocha i ceni cały świat. Z okazji jego 80. rocznicy urodzin przypadającej na 2015 rok, wytwórnia fonograficzna zaprezentowała utwory muzyka w odnowionych aranżacjach, stworzonych przy akompaniamencie słynnej orkiestry symfonicznej The Royal Philharmonic Orchestra. Tak oto powstał album If I Can Dream, który znalazł ponad milion nabywców na całym świecie. Rok od ukazania się wyjątkowego wydawnictwa, powstała jego kontynuacja. The Wonder Of You podobnie jak poprzednik, powstawało w londyńskim Abbey Road Studios we współpracy z cenionymi producentami Donem Reedmanem, Nickiem Patrickiem oraz byłą żoną Elvisa, Priscillą Presley.

Twórcy płyty The Wonder Of You konsekwentnie podążają za koncepcją poprzednika, otwierając całość najmocniejszym rock’n’rollowym akcentem, podobnie jak miało to miejsce przy If I Can Dream i rozpoczynającego Burning Love. Do skomponowania A Big Hunk O’ Love zamiast oryginalnej ścieżki wokalnej ze studia, powstałej w 1958 roku, użyto nagrania koncertowego. Dzięki temu otrzymujemy bardzo dynamiczny początek płyty, w którym solowe partie Jamesa Burtina na gitarze i Glena D.Harlina przy pianinie idealnie współgrają z akompaniamentem Królewskiej Orkiestry.

Niestety na dalszym etapie rozczarowani zostaną miłośnicy porywających rytmów. Do temperamentnych występów scenicznych Elvisa mam ogromną słabość, a kolejna okazja do ruchowych improwizacji – i to w znacznie spowolnionym tempie – będzie dopiero przy numerze country, Kentucky Rain. Nadal energicznie jest z I’ve Got a Thing About You Baby. Kompozycja została napisana przez Tony’ego Joe White’a w 1973 roku na potrzeby dwudziestego studyjnego albumu artysty, Good Times. W nowej aranżacji utwór brzmi zaskakująco i zupełnie nowatorsko, klimatem bliżej nawiązującym do Viva Elvis, aniżeli pierwotnej wersji studyjnej. Razem z Suspicious Minds ozdobionego sekcją smyczkową stopniowo zbliżamy się ku najbardziej emocjonalnym momentom płyty i jednocześnie artystyczno-płodnym etapom w twórczości legendy. Lata 1957-58 wniosły w jego życie wiele znaczących, ulepszonych reform. Ożenił się z miłością swojego życia z którą w niedługim czasie doczekał się córki. Został mężem i ojcem – tak więc nie powinno zaskakiwać, że ówczesne przeżycia wywarły znaczny wpływ również na jego duchowy, a co za tym idzie, artystyczny rozwój i wniósł do jego twórczości następny, jedenasty numer jeden na amerykańskim rynku muzycznym za sprawą lirycznej kompozycji Don’t.

Nostalgicznie jest przy I Just Can’t Help Believin’ oraz Just Pretend, jednak oprawa muzyczna nie jest tak przepełniona finezyjnością i bogactwem dźwięków jak w przepięknym coverze Love Letters Kettyego Lestera, czy pieśni gospel autorstwa Johna NewtonaAmazing Grace, którą pewnie większość z was słyszała w kilkunastu bądź nawet kilkudziesięciu odsłonach. Ta w wykonaniu Elvisa pochodzi z jego trzeciego albumu gospel, nagrodzonego Grammy. Chór, klasyczne brzmienie skrzypiec w tle i aksamity głos wokalisty tylko podkreśla podniosłość i potęgę słynnego klasyka.

Balladę Starting Today skomponował Don Robertson na trzynasty album Elvisa Something for Everybody, który ukazał się w czerwcu 1961 roku i otrzymał pierwsze miejsce na liście najlepszych albumów magazynu Billboard 200. Spokojne i skłaniające do refleksji Memories pierwotnie znalazło się na podwójnym wydaniu The ’68 Comeback Special, będącym moim prywatnym faworytem wśród wszystkich wydawnictw live. Jednym z coverów jest Let It Be My, który artysta dołączył do swojej koncertowej setlisty za czasów rezydentury w Vegas w 1970 roku. Najpiękniej zaaranżowana z nieodmiennie wspaniałą warstwą liryczną przenosi nas do jednego z największych szlagierów miłosnych – Always On My Mind. Jest pięknie i nastrojowo. Nie sposób się nie zakochać i rozmarzyć przy tytułowym The Wonder Of You – potęga wśród wszystkich romantycznych kompozycji, dedykowanych dla tej jedynej wyjątkowej osoby. Na zakończenie otrzymujemy jedyny duet na płycie i jednocześnie „bis” Just Pretenders, gdzie artyście towarzyszy niemiecka wokalistka Helene Fisher.

You touch my hand and I’m a king
Your kiss to me is worth a fortune
Your love for me is everything
I’ll guess I’ll never know the reason why
You love me like you do
That’s the wonder
The wonder of you

Cały projekt tak samo jak w przypadku If I Can Dream, wywiera na odbiorcy ogromne wrażenie jakością i dbałością o każdy, najmniejszy detal. Muzyka zapiera dech, a jej spójność z kultowym repertuarem jest wielką zaletą. Niezmienne zastrzeżenie jedynie kieruję w stronę zestawienia utworów. Wciąż czekam na treściwszą dawkę rock’n’rolla, która (jak to udowadnia Burning Love oraz Big Hunk O’ Love) w połączeniu z orkiestrą brzmi fenomenalnie. Realia są jednak takie, że The Wonder Of You to płyta wyraźnie stonowana i nastrojowa, a nowe instrumenty dołączone do niepowtarzalnej barwy głosu Elvisa Presleya brzmią tak, jakby nieżyjący od blisko czterdziestu lat artysta, kilka dni temu opuścił londyńskie studio. Przyszło mu zajmować się muzyką w czasach, kiedy nie istniały żadne trendy muzyczne. On tworzył je od podstaw. Skromny chłopak stał się królem i wbrew ogólnym zasadom w monarchii, sprawowana przez niego pośmiertna władza nie jest zagrożona.

The Wonder Of You – rekordowy, trzynasty numer jeden na Brytyjskiej Liście spośród wszystkich solowych artystów w historii oraz #1 w kategorii Classical Albums Billboardu w Stanach Zjednoczonych