O, Matko! – koncert Organka w Gdańsku. Relacja Michała Szuma

Brzmienie studyjne ma to do siebie, że ukazuje jedynie określone spektrum emocji, będących sumą wydarzeń danej chwili – w studiu. W wydaniu koncertowym, kiedy to przecież te same emocje odgrywane są „na żywo”, całość niejednokrotnie ulega wywróceniu do góry nogami. Nie inaczej było w trakcie koncertu Organka w gdańskim klubie B90, gdzie do wspomnianej akrobacji grupa dołożyła półobrót, podwójnego toeloopa i kilka brudnych dźwięków gitarowych.

Wejście na zupełnie inny poziom odczuwania muzyki nastąpiło wraz z Introdukcją, czyli pierwszym numerem zarówno na koncercie, jak i na najnowszym wydawnictwie grupy – Czarnej Madonnie. Stopniowe pobudzanie młoteczków i kowadełek dawkowane w piosence było wręcz wymarzonym wstępem, bo dalszy rozwój akcji był trochę bardziej brutalny.

Drugie w kolejce Rilke to już rock’n’roll w pełnej krasie. Na albumie utwór nieco wypolerowany, można by nawet rzec dopieszczony, koncertowo przerodził się w istne wariactwo. Charakterystycznie zarysowany riff szybko został podłapany przez publikę zgromadzoną na sali, którą wypełniło wszechobecne szaleństwo. Takie otwarcie było gwarantem dalszych emocji, a wysoka dawka energetyczna już od samego początku wszystkich uzależniła. Przy tej okazji warto również podkreślić nietypową barwę wokalu, jaką musiał z siebie wydać Tomasz, bo jego stosunkowo niski głos przy okazji Rilke odszedł w zapomnienie, a bliżej mu było do Pana White’a z utworu Blue Orchid.

organek-2-fot-karolina-karkowska-chorzow-2016-all-about-music

Jesienna trasa Organka związana jest z nowym albumem, toteż w trakcie trójmiejskiego koncertu nie mogło zabraknąć piosenek z tej płyty. Na płaszczyźnie interakcji z publiką najlepiej wypadło singlowe Missisipi w ogniu, bo spora część fanów znała znaczne jej fragmenty na pamięć, natomiast pod kątem czysto subiektywnym największą przyjemność sprawił kawałek Ki Czort. Przed jego wykonaniem frontman opowiedział krótką historyjkę o trudnych wyborach na rozstaju dróg, co jeszcze bardziej podbiło atmosferę i nadało całej sytuacji jeszcze więcej pierwiastka dirty. Klimat rodem z bluesowego baru świetnie współgrał z grą świateł, a sam wokal był pięknym instrumentem opowieści płynącej z ust Tomka.

Nowa płyta nową płytą, ale brak obecności kapitalnie przyjętych i dobrze osłuchanych pozycji byłby surowo ukarany. Być może stąd decyzja o ich kumulacji niczym w Dużym Lotku, bowiem trzy największe hity z rzędu ciężko nazwać inaczej. Zaczynając od O,Matko!, poprzez Głupi ja, a na Kate Moss kończąc, grupa zaprezentowała swój the best of w przeciągu kilkunastu minut, a taki natłok wrażeń niemalże zniszczył gardła co bardziej zaangażowanych na publice. Na szczęście skończyło się bez omdleń, ponieważ pozostała energia do samego końca występu była bardzo równomiernie dawkowana.

Sprawą, co do której można by mieć jakiekolwiek zastrzeżenia, to mały rozstrzał brzmieniowy samej gitary. Niby sprzęt był zmieniany dość regularnie (baa! W jednej z gitar udało się nawet urwać skórzany pasek), ale wszystko to brzmiało bardzo jednostajnie, momentami wręcz płasko. Oczywiście – nie było mowy o nudzie, bo barwa dźwięku była bardzo surowa, brudna i szorstka, ale miało się wrażenie, że wszystkie gitary z wachlarza są podłączone (poza paroma wyjątkami) pod jeden przester.

organek meskie granie katowice 2016 fot karolina karkowska

W ogólnym rozrachunku nie miało to jednak zbyt dużego znaczenia i dobra zabawa zwyciężyła nad kaprysami dziennikarzyny muzycznego. W pierwszych rzędach nieśmiało formowało się pogo, skoki były nieodłącznym elementem niemal do połowy sali, a praktycznie każdy zaklaskał w rytm niejednego utworu znajdującego się na setliście. Dodając do tego charyzmatyczne ruchy Tomasza i niepohamowaną radość z gry reszty muzyków, otrzymaliśmy koncert kompletny. I to szanuję!

PS. Załączone zdjęcia pochodzą z innych koncertów artysty, na których byli nasi redaktorzy.

Czytaj również