W świecie sportu bardzo popularne jest stwierdzenie: „jesteś tak dobry jak twoje ostatnie zawody”, lecz z powodzeniem można by je przenieść na grunt rynku muzycznego. W tym przypadku, dobrym analogiem zawodów jest wydawnictwo w postaci płyty, które to jest swego rodzaju odzwierciedleniem formy danego „zawodnika”, a ściślej mówiąc – „zawodniczki”, bo dziś na tapet weźmiemy M.I.A.’ę (i jej niewygodną w odmianie ksywkę).
Jako, że AIM ma być ostatnim wyścigiem w karierze raperki, warto na początek powspominać stare, dobre (jak się zaraz okaże) czasy. Bunt i moc charakteru sprawiły, że artystka szybko znalazła się na muzycznym piedestale i bardzo długo z niego nie schodziła. Na jej szczęście, ów zejście okazało się procesem rozciągniętym w czasie, i to, co wcześniej można było nazwać kryzysem (Matangi z 2013 roku), okazało się początkiem równi pochyłej. Sprawa o tyle miła, że zawsze przyjemniej jest zjechać ze zjeżdżalni aniżeli spaść z drabinki prowadzącej na jej szczyt. Ale tutaj przyjemności się kończą.
Już sam tytuł ma bowiem sugerować, że M.I.A. celuje pośrednio w kolejny fonograficzny sukces. Ba! Pierwsze single (Swords, Borders, a nawet Go Off) były najlepszą z możliwych zapowiedzi ów sukcesu. Niestety – po drodze coś się popsuło i początkowy animusz przerodził się w finalny produkt, będący zbiorem dość przypadkowych kompozycji.
To właśnie brak spójności jest największym zarzutem w kierunku tej płyty. Brak w niej idei przewodniej, czy to na gruncie producenckim, czy w kwestii lirycznej. Nie twierdzę, że to musiałby być koncept, lecz gdy zbiera się dwanaście utworów w niemal czterdziestominutową całość, warto zachować przy tym choć odrobinę spójności. Na AIM’ie o to ciężko, co potwierdza się już na samym początku. Bo weźmy na przykład pierwsze z brzegu Borders: pięknie wyprodukowane (o tym jeszcze w dalszej części), lirycznie trafione w punkt – suma summarum miód malina. Ale chwilę później przychodzi takie Bird Song – cholernie irytujące jeśli idzie o ptakopodobny podkład, do tego z tekstem na poziomie „strefy komfortu” (o czym wspomina nawet sama wokalistka w wywiadzie dla Pitchfork) – i wtedy robi się zdecydowanie mniej ciekawie. Kolejne tego typu smaczki niestety czekają na słuchacza niemal za każdym rogiem (wystarczy wspomnieć koszmarnie dobrany featuring w całkiem nie najgorszym Foreign Friend czy kolejny drażniący motyw muzyczny, wprost z piosenki Visa).
I to właśnie suma tych szczegółów, tych drobnych kamyczków w ogródku M.I.A. sprawia, że płyty – jako całości – nie słucha się przyjemnie. Człowiek na każdym kroku jest wybijany ze stanu sprzyjającemu poprawny odbiór krążka, przez co (być może) zaburzony jest realny obraz faktycznego stanu rzeczy.
Bo trzeba uczciwie przyznać – poza tym brakiem wyważenia kwestii spójności, poszczególne kawałki nie są złe (poza wspomnianymi wyjątkami). Ich produkcja stoi na najwyższym poziomie, o co zadbały takie marki jak Skrillex czy Polow da Don (znany z produkcji utworów Ushera, Ciary, Chrisa Browna czy Limp Bizkit), a samo brzmienie jest naprawdę przyjemne. Wszystko to oczywiście tylko wtedy, gdy nie mówimy o nich jako o zbiorze zawartym na jednej płycie.
Jak zatem czytać AIM? Poniekąd jako podsumowanie dotychczasowego dorobku artystycznego M.I.A. (przy okazji pytanie za sto punktów: czy jest na sali prof. Miodek, który mógłby wyjaśnić zasadę odmiany tego akronimu?). Brak jest na niej pewnego kroku na zewnątrz strefy komfortu, co w efekcie przełożyło się na małą jednolitość treści. Parę utworów radzi sobie całkiem całkiem, wszystkie są wyprodukowane z należną dbałością (ukłon w stronę producentów głównie za linię basu), ale każdy jest od siebie różny. Myśląc in plus – nie można się nudzić; myśląc in minus – ciężko się tego słucha.


