Trzynasty odcinek mojego działu to trochę undergroundowego grania, trochę historii i coś współczesnego. Tak więc będzie zimna fala, będzie to, co było przed Lao Che i na koniec – ambitna elektronika spod znaku minimalizmu. Zapraszam do wysłuchania moich dzisiejszych propozycji!
Pierwszy zespół na dziś to Wieże Fabryk – łódzka kapela z szesnastoletnim stażem. W skład tejże grupy wchodzi czwórka muzyków: Tomasz Kaczkowski (wokal), Adam Studziński (gitara), Adam Sitarek (bas) oraz Krzysztof Trzewikowski (perkusja). Mają oni na swoim koncie jedną EP-kę (Demo), dwa oficjalne bootlegi (Kopalnia 2001 i koncert Aurora 2007) oraz dwa albumy długogrające (Dym i Cel i Światło). Co grają ci muzycy z, jak mawia klasyk, miasta Łodzi, gdzie nawet bieganie psom szkodzi? Otóż muzyka tychże panów wpisuje się w tzw. cold wave (zimna fala), a jest to jeden z podgatunków muzyki postpunkowej. Czym się charakteryzuje ten nurt? Prześledzę to na przykładzie mojej ulubionej piosenki Wież Fabryk, którą zamieszczam poniżej (Omijam). Otóż: przede wszystkim – teksty pesymistyczne, zapętlone, oparte na powtarzalności kilku fraz. Dalej – gitara spowita mrocznym klimatem. Dalej – oszczędna perkusja i wyrazista linia basu. Mówiąc ogólnie – mrok, posępność, życie nie ma sensu, a świat jest zły. I właśnie w ten klimat wpisuje się muzyka Wież Fabryk i mimo że mogło to zabrzmieć ironicznie, ich dokonania są świetne! Naprawdę świetne, inteligentne, bez najmniejszej domieszki infantylności czy pretensjonalności. Bardzo polecam!
Kolejnym zespołem jest Koli. Żeby bardziej przybliżyć jego historię, w telegraficznym skrócie przedstawię skąd i dokąd zmierzali muzycy tego projektu. Tak więc pierwszym projektem był zespół Kanabiplanto, później nastąpił etap Koli, by finalnie dotrzeć do świetnie znanego i docenianego chyba wszelkimi możliwymi nagrodami, zespołu Lao Che. Ale skupmy się na Koli. Formacja powstała 1998 roku w Płocku i wydała jedną płytę – Szemrany w 1999 roku, która nominowana była do Fryderyków. Oficjalnie nigdy nie zakończyła swojej działalności i nawet zapowiadała wydanie drugiej płyty – niestety owa płyta nigdy nie powstała, a sami muzycy po wielu latach przyznali, że do tego projektu już nigdy nie wrócą. Przed częścią opisującą ich muzykę warto podkreślić jedną ważną rzecz – był to okres fascynacji hip-hopem. I już Kanabiplanto był projektem hip-hopowym (swoją drogą, w moim odczuciu, niezbyt udanym), a Koli było tej fascynacji kontynuacją, ale zdecydowanie bardziej sprawną. Tak więc był to zespół tworzący bardzo ciekawy hip-hop – oparty na żywych instrumentach, podparty świetnymi tekstami (już wtedy Spięty przejawiał ogromny talent pisarski). Na potwierdzenie moich słów prezentuję utwór Tingel Tangel (Stachu) – w refrenie wykorzystuje on legendarne przedwojenne tango Tadeusza Faliszewskiego zatytułowane Stachu.
I na koniec zmieniamy klimat – zanurzymy się w elektroniczne dźwięki od Låpsley. Po pierwsze – wokalistka ta ma zaledwie dwadzieścia lat. Po drugie – jej prawdziwe imię i nazwisko brzmi Holly Fletcher. Po trzecie – na początku marca wydała debiutancką płytę zatytułowaną Long Way Home. I jest to wydawnictwo więcej niż obiecujące. Pewnie znacie Jamesa Blake’a, prawda?. Jeśli tak, to z pewnością i ta brytyjska artystka przypadnie wam do gustu. Låpsley ma niebywały talent do układania pięknych linii melodycznych. Do tego pisze świetne teksty, świetnie śpiewa, wzrusza, ale i zachwyca wszechstronnością swoich możliwości. Ale przede wszystkim – rozwija się i to słychać na każdym jej muzycznym kroku. Potrafi bawić się swoim wokalem, eksperymentując ze zdobyczami współczesnej technologii – to chyba jeden z jej największych atutów i słychać go właśnie w wybranym przeze mnie utworze – Station. Jest to druga piosenka Låpsley, którą usłyszałem i zdecydowanie najbardziej zachwycająca. Minimalizm i piękna melodia – niczego więcej mi nie trzeba.


