Pet Shop Boys – Super (2016), recenzja Beaty Prętnickiej

0
346

Dziś przyszło nam żyć w dość dziwnej epoce. Muzyczne dekady charakteryzują się tym, że mocno inspirowano się muzyką wydaną kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat wstecz. Niby nic nowego… Są jednak tacy, którzy zdaje się utknęli w czasoprzestrzeni, wciąż prezentując swój muzyczny geniusz. Tytuł Super brzmi trochę jak przechwałka, taka autolaurka wystawiona trochę na przekór.

Zastanawiając się nad znaczeniem tytułu, sięgnęłam po jej zawartość. W tym momencie następuje pewnego rodzaju dylemat. Z jednej strony mamy do czynienia z grupą, która obok Depeche Mode, a-ha czy nawet Kombi jest uważana za dość mocno odciśnięty znak czasu. To właśnie między innymi te kapele miały dość mocny wpływ na muzykę elektroniczną. Przez lata ten gatunek muzyczny przeszedł niezwykła ewolucję – każdy miał na nią swój pomysł, który potem pokazywał innym. Niezmienne zostały jednak dwie rzeczy. Po pierwsze, tego rodzaju muzyka daje nam dużo zabawy, a po drugie – mimo coraz doskonalszego sprzętu, nadal czerpie jakąś część z tego, co muzyka elektroniczna proponowała nam na początku swojej działalności.

W tym właśnie momencie dochodzimy do tej drugiej strony, czyli tak zwanej ściany, bo jak sklasyfikować niedzisiejsze brzmienie, lecz wydane kilkadziesiąt lat później? Dla odczuwających sentyment do lat 80-tych zapewne krążek jest rzeczywiście Super. Pet Shop Boys w końcu to marka sama w sobie. Niezmiennie od lat wychowują swoją muzyką następców, chociaż paradoksalnie nikt jak oni już grać nie będą. Jednak dla osób wymagających, oczekujących czegoś więcej ten album może być srogim rozczarowaniem. Brzmieniowo, w porównaniu do poprzednich wydawnictw nie ma nowości i nadal to wygląda, jakby uparcie kłócono się z rzeczywistością. Spójrzmy na przykład na utwór otwierający wydawnictwo. Wstępniak do Happiness brzmi jak każdy DJ-owski set, lecz pewne elementy sprawiają, że wiemy kto jest jego autorem. Pet Shop Boys wyrobili bowiem stylistykę, która z czasem stała się marką samą w sobie. Wspomniany utwór w połączeniu z wstawkami Neil Tennanta jest dość dynamiczny w porównaniu na przykład z nieco ospałym The Pop Kids. Nie mam pojęcia, kto wymyślił, żeby to właśnie ten numer został pierwszym singlem. Faktycznie, brzmi najbardziej radiowo ze wszystkich jeszcze nie sprawia, że jest jak najbardziej atrakcyjny dla słuchacza. Jestem zdania, że jest to bardziej utwór dla pasjonatów zarówno grupy Pet Shop Boys, jak i tych odczuwających tęsknotę za tamtymi czasami. Z dłuższej perspektywy jednak utwór wydaje się być przewidywalny, gdyż podobne bardzo podobne dźwięki słyszymy zarówno na Electric jak i starszych wydawnictwach – innym słowem nuda. Zupełnie inne wrażenie sprawia jednak najnowszy singiel formacji. Twenty-something co prawda jest opleciona samplem, który dziś można byłoby śmiało uznać za kicz, lecz to tutaj jest najbardziej wyeksponowany głos Tennanta, którego tonację można interpretować dwojako, przez co odbiór numeru jest tak zróżnicowany. Twenty-something śmiało można potraktować jako miło brzmiącą kołysankę, będącą pobożnym życzeniem każdego młodego człowieka. Inni jednak mogą w niej widzieć opowieść starszego, doświadczonego człowieka i ostrzeżenie dla dwudziestoparolatka przed brutalnością dzisiejszego świata. Myślę, że w tym kontekście bardzo wymowny jest oficjalny teledysk do tego utworu.

Oczywiście, mimo swoich lat panowie nadal bawią się swoją muzyką, czego wyraz dają chociaż przez takie utwory jak Groovy, The Dictator Decides, Pazzo! oraz Inner Sanctum. Paradoksalnie jednak wymieniam właśnie najsłabsze punkty tego wydawnictwa, chociaż pierwszy z tej czwórki jeszcze jakoś się broni, ze względu na większy udział wokalny Tennanta oraz sam fakt, że brzmi bardzo komercyjnie i serio, nie zdziwi mnie to, jeżeli utwór zostałby kolejnym singlem… Chociaż uważam, że takie postępowanie graniczyłoby z pewnego rodzaju obłędem. To właśnie te kawałki mnie kompletnie nie porwały i sprawiają wrażenie tak zwanych zapychaczy. I żeby było jasne: moim zarzutem dla tej trójki nie jest fakt, że dowodzenie przejęła tutaj muzyka. Chodzi mi tutaj przede wszystkim o sposób jej prezentowania, który jest po prostu nudny i sprawia wrażenie, że gdzieś się to już słyszało. Aż za bardzo. A tych odniesień można naprawdę wyrzucić sporo, uwierzcie.

Nie mogę jednak uciec od takich kompozycji jak bardzo smutne Sad Robot World, Burn od którego do dziś dnia nie mogę się uwolnić oraz Into Thin Air, zamykające wydawnictwo. To są jego zdecydowane plusy. Tu właśnie ten sposób prezentacji nie zawiódł – przyciąga uwagę, ciekawość, można na chwilę oddać się zapomnieniu. Sad Robot World to chyba jedyna taka ballada na tym krążku. Postawiono tu na pełny minimalizm, który dopełnia opowieść o zautomatyzowaniu całego świata i wszystkiego wokół. Ten zabieg sprawia, że możemy z uwagą wsłuchiwać się między innymi w te słowa:

There’s no sleep, no food, no pay
doing as commanded
24 hours every day
whatever is demanded – Sad Robot World

Największym zaskoczeniem są właśnie te dwa utwory z końca tracklisty wydawnictwa. Zarówno Burn jak i Into Thin Air mają w sobie coś magnetyzującego i hipnotyzującego, że wciąż ma się ochotę wcisnąć przycisk 'replay’ – szczególnie, jeżeli chodzi o numer z tym krótszym tytułem. Rzeczywiście, jest w nim ogień, a punktem centralnym jest oczywiście moment refrenu, co oczywiście nie oznacza, że dalej wcale nie jest lepiej. Wręcz przeciwnie – jakby ktoś uparł się zagrać ten utwór na dancingu, ludzie bawiliby się świetnie. Jeżeli chodzi o trochę mniej przebojowy Into Thin Air to ten numer, podobnie jak Twenty-something czy Sad Robot World przeraża aktualnością tekstu:

Too much ugly talking
Too many bad politicians
We need some practical dreamers
and maybe a few magicians
Shall we get away from here
where no one can find us?
The north wind will blow us away
We’ll leave this all behind us
We’ll vanish
No one will know where – Into Thin Air

Całokształt albumu nie da się ocenić jednym stwierdzeniem. Następny, trzynasty już album synthpopowego duetu, w którym słychać chwilami też przebijający się trance i techno to chyba kolejna próba walki z rzeczywistością, walki o zainteresowanie słuchacza, a przede wszystkim walki o prawdę i lepszy świat. Super to tytuł brzmiący jak przechwałka, bo z jednej strony album nie jest aż tak super, żeby chwalić go na wyrost. Jest tych kilka utworów, które zasługują na szczególną uwagę, ale nic więcej. Z drugiej strony jednak, dzięki tekstom jestem w stanie zrozumieć, dlaczego właściwie ten krążek powstał. Pet Shop Boys wciąż potrzebuje podzielić się z nami, słuchaczami swoimi refleksjami, a trzeba przyznać, że trafiają z tekstami w sedno. Że my nie jesteśmy idealni, świat nie jest idealny. I nie ma co tu kryć – nic nie jest idealne, nawet ten krążek.