Wieczory jak te, kiedy wszystko sprzyja oddaniu się muzyce, na długo zapadają w pamięć. Wspaniali ludzie wokół, piękne wnętrze sali koncertowej, a do tego oni – Domowe Melodie. Nie mogło być lepiej!
Na ten koncert przyszło mi czekać stosunkowo długo, bo ostatni raz widziałem ich na Przystanku Woodstock w sierpniu 2015 roku. Już wtedy zasiali w mojej głowie ziarenko, które sukcesywnie kiełkowało, a którego owocem stała się myśl, że Domowe Melodie są w ścisłym topie jeżeli idzie o koncerty w Polsce. Plener towarzyszący Małej Scenie w Kostrzynie nad Odrą sprzyjał dobrej zabawie, dlatego niezmiernie cieszę się, że klubowy występ ekipy spotkał mnie właśnie w Starym Maneżu.
Tak, tak – to będzie ten momenty, gdy wychwalał będę miejsce koncertu. Ale nie da się inaczej, jeśli człowiek czuje mega satysfakcję z samego przebywania na sali. Kompleks Stary Maneż, bo tak chyba należy mówić o tym miejscu, perfekcyjnie wpisuje się w scenerię otaczającej go okolicy, a w środku sytuacja wygląda jeszcze lepiej. Wszystko przygotowane jest z dużą dbałością o każdy detal, wnętrze jest zrobione z dużym wyczuciem szyku i stylu, a dodatkowo całość fantastycznie przeszło próbę koncertową. Brzmienie każdego dźwięku, czy to wokalu, czy instrumentu, było niezwykle ciepłe, pełne i wyraźne. Nie wiem na ile w tym zasługa ekipy zespołu, a na ile samego miejsca, niemniej hulało to bardzo przyjemnie.
Sam zespół także wydawał się odczuwać ogrom występu, bo początkowa mimika wskazywała na lekkie przerażenie. Ale ten strach nie był ich wiernym kompanem tego wieczoru i wraz z kolejnymi numerami ewidentnie odszedł w niepamięć. Pozostając jednak przy emocjach, warto podkreślić pewną rzecz: Justyna jest mistrzynią jeżeli chodzi o dzielenie się emocjami, a panowie doskonale ją w tym wspierają (chociaż momentami na scenie to oni są „poważni” w tym „związku”). Granie muzyki to jedno, ale to w jaki sposób trio gra na emocjach – klasa. Osobiście nie lubię takich gierek, lecz Domowe Melodie powodują u mnie utratę zdrowego rozsądku i zapraszają – albo wręcz nalegają – do wspólnej zabawy. Na szczęście ciężko odmówić.
To własnie dzięki gestom, mimice czy specyficznemu zachowaniu, zespół potrafi grać tak fantastyczne Sold Outy. Muzycznie jest to niemal powielenie (z paroma wyjątkami) materiału z płyty, ale wszystkie te dodatkowe składowe sprawiają, że nie nie ma się wrażenia odtwarzania ich płyt na dobrym sprzęcie dla audiofeelów. Wiadomo – była Grażka, był Zbyszek, było i Techno, ale nie w tym rzecz. Liczyło się to w jaki sposób te piosenki są przekazywane publice. Takich rzeczy nie da się opisać słowami – to trzeba przeżyć.
Na koniec kilka detali, które w moim odczuciu są także istotne. Po pierwsze: zespół wyszedł trzykrotnie na bis. Po drugie: panowie Kuba i Staszek zagrali fantastyczną niespodziankę – piosenkę z repertuaru Kabaretu Starszych Panów. Po trzecie: szacunek za meksykańskie harce w trakcie utworu Rio. Po czwarte: dziękuję za wspaniałe widowisko. Po piątek: Trójmiasto Was uwielbia!
Do następnego!



