Nie sztuką jest powrócić po kilku latach przerwy z nowym materiałem. Sztuką jest zaspokoić i sprostać oczekiwaniom słuchaczy. Obudzić w fanach miłość na nowo i przypomnieć o sobie tym, którzy zapomnieli – co wcale nie jest łatwe. Czy Reni Jusis sprostała oczekiwaniom odbiorców? Trudno to ocenić na podstawie kilku dni. Jednak wiem, że artystka dalej kocha eksperymentować z muzyką i przygotowała dla nas zupełnie coś nowego.
BANG! to idealny tytuł na nowy materiał Reni. To ogromne zaskoczenie. Wokalistka eksperymentuje i nie boi się finalnego efektu. Ale czy ta pewność jej nie zgubi? Po 7 latach przerwy poznajemy kolejną twarz piosenkarki – niekonwencjonalną, nietuzinkową i łamiącą powszechne schematy. Wokalistce kilka lat temu została przypięta łatka eko-mamy. Ona nic sobie z tego nie robi, krytykuje i wyśmiewa konsumpcjonizm. I to w jaki sposób!

Produkcja i słowa to najlepsza część tej płyty. Nie wiem czy od czasów wydania albumu Karoliny Czarneckiej słyszałem tak dobrze i intrygująco napisane teksty. Zombie świat, przy którym maczał palce Kuba Karaś z duetu The Dumplings, czy też Bilet Wstępu, obok którego nie da się przejść obojętnie. To piękne anty- konsumpcyjne spojrzenie na świat. Tę drugą kompozycję ciężko jednak nazwać piosenką. To raczej opowiadanie z nutą nowoczesnej, urbanistycznej szaty muzycznej. Wyobraźcie sobie, gdyby radio chciało puszczać takie utwory – to byłoby piękne.
Co też tam nie będzie się działo. Na parterze mamy wystawę kotów… z 50 klatek zwieźli! W supermarkecie na tym samym poziomie będzie duża obniżka cen na karpie. Najpewniej jak rok temu, będą wyrywać je sobie z rąk. A że śliskie są zobaczy pani piękną żonglerkę żywą rybą.
Na krążku znajdziemy również psychodeliczne dźwięki, które owijają się wokół słuchacza i zaciskają tak, jak wąż boa swoją ofiarę. Y&Y jest dobrym przykładem potwierdzającym powyższe słowa. Dużo brzdęków, hałasu, jednak odpowiednio wyważonego i miłego dla ucha. Stopniowo uzależnia i trudno się od niego uwolnić.
Płyta nie jest idealna, chociaż miała do tego duże predyspozycje. Jest jedna taka kompozycja, która nosi tytuł Kęs i to największa kula u nogi. 7-minutowa męka dla moich uszu. Po jednym przesłuchaniu tego utworu wiedziałem, że już więcej go nie włączę. Zawiodło dosłownie wszystko. Zmieniony wokal Reni nie wypada dobrze, okrojony tekst, produkcja i szata muzyczna również mnie drażni. Znacznie lepiej byłoby zrobić z tego krótszy utwór instrumentalny.
Reni utarła jednak trochę nosa krytykom, wykazała się dystansem i świadomie złamała ogólnie panujące stereotypy Matki Polki. Piosenka Bejbi Siter, która została wybrana na singiel, to prawdziwa elektroniczno-popowa bomba z fenomenalnym tekstem. Na kilometr zalatuje świeżością i zachodnim rynkiem muzycznym, co oczywiście jest na plus. Jusis bacznie obserwuje zmieniające się trendy. Jestem pewien, że gdyby urodziła się za granicą (czyt. USA/UK) to odniosłaby światowy sukces i byłoby o niej głośno dosłownie wszędzie.
Po weekendzie będę z dziećmi spędzać czas jak na grzędzie kura. Nie waż się przyklejać do mnie łatki ladacznicy, matki, żadnej klatki.
Bejbi Siter to sztos, ale jeszcze większa petarda to Po Kolana w Mule. Jeśli „Zakręcona” nie wybierze tej piosenki na singiel, to będę zawiedziony. To perełka na płycie, która naprawiła mój słuch po okropnym Kęsie. Refren tak zakotwiczył mi w głowie, że nie mogłem go wybić z głowy żadnym sposobem. Świeżość i jeszcze raz świeżość.
Po przesłuchaniu tego albumu wiem jedno: Reni Jusis ma wiele twarzy i nie wiadomo, którą tym razem zademonstruje. BANG! to kolejna odsłona wokalistki – bardziej szalona, eksperymentalna, electro-popowa i jeszcze pewniejsza siebie. Nie ma tu mowy o Erze Renifera, czy Zakręconej. Jeżeli ktoś spodziewał się powrotów do poprzedniej twórczości, to pewnie się zawiódł. Przerwa wyszła artystce na dobre, jednak nie chciałbym czekać znowu 7 lat na kolejne wydawnictwo.


