Muzyko, dokąd zmierzasz? Felieton Kuby Koziołkiewicza

Najgorętszym tematem ostatniego tygodnia w świecie muzyki była zdecydowanie Kesha. Sprawa budzi spore poruszenie. Sąd nie przychylił się do żądań wokalistki i ta będzie musiała nadal współpracować z gościem, którego oskarża o molestowanie.

Powstało już mnóstwo artykułów na ten temat. Lecz wydaje mi się, że nikt nie spojrzał na tło całej sprawy. Na małą istotną kwestię, bez której (tak mi się wydaje) nie byłoby tego problemu. Otóż, Keshy do końca wypełnienia kontraktu pozostało 8(!) płyt. Pal licho, czy mówimy tu o albumach studyjnych czy kompilacyjnych (ktoś w ogóle kupiłby krążek „the best of” wokalistki, która nie ma na koncie nawet 4 studyjnych płyt?). 8 wydawnictw to cholernie spora ilość. Dla przykładu – Metallica nagrała 8 studyjnych płyt w… ponad 25 lat. Wiem, że w muzyce popowej te albumy pojawiają się szybciej, ale to i tak pokazuje, że wiązanie się kontraktem z wytwórnią na ponad 8 płyt studyjnych to, mówiąc delikatnie, głupota. I Kesha teraz musi ponieść konsekwencje swojej głupiej decyzji.

Gdyby Kesha podpisała kontrakt na mniejszą ilość wydawnictw muzycznych, to ta współpraca nie była by tak rozciągnięta w czasie, lub już w ogóle by się skończyła. Pamiętajcie, że wytwórnie płytowe to nie są instytucje charytatywne. To korporacje, takie same jak te z innych branż. Celem korporacji jest zysk. Zrezygnowanie z 8 płyt Keshy, które na pewno sprzedałyby się w zadowalającym nakładzie, byłoby błędem z ich strony. A na taki błąd Sony nie może sobie pozwolić.

Kwestia Keshy może być dobrym zapalnikiem do zastanowienia się, w jakim kierunku podąża współczesna muzyka. Czy mamy do czynienia jeszcze z jakimiś resztkami romantyzmu czy już wszystko poszło w stronę zarabiania pieniędzy. Jeżeli zagłębimy się w historię jakiegokolwiek wykonawcy, to w życiorysie tym zawsze pojawia się konflikt z wytwórnią. Mniejszy, większy – nieważne. Spór to spór, sytuacja niezbyt komfortowa.

Fajnie stosunek wytwórnia-artysta obrazuje intro w teledysku do piosenki Still Waiting grupy Sum-41. Członkowie zespołu przychodzą na umówione spotkanie z przedstawicielem firmy. Gruby, łysiejący obleśny facet, który bierze ich pod skrzydła, pyta jak się nazywają. Sum-41 – odpowiada grupa. W tym momencie koleś zaczyna przekonywać chłopaków, że taka nazwa nie jest dobra i należy ją zmienić. Nie będę przytaczał całego dialogu, bo i po co. Scenka ta zapewne wydarzyła się w rzeczywistości zapewne miliony razy. Wytwórnie płytowe nie biorą gotowych produktów, czytaj wykonawców, pod swoje ramiona. Oni chcą je kreować, zmieniać, poprawiać. Tak, aby w ich mniemaniu powstało coś, co łatwo się sprzeda. Może trochę uogólniam, może hiperbolizuję, ale nikt mnie nie przekona, że wytwórnie zawsze, wszędzie i w każdej sytuacji dobrze traktują swoich podopiecznych.

Ciekawa historia związana z tematem wydarzyła się grupie Thirty Seconds To Mars. Oni także rwali koty ze swoją wytwórnią Virgin Records. Gdy chcieli odejść i zrezygnować z wypełnienia podpisanego kontraktu, ta zażądała w zamian 30 milionów dolarów. Te przeżycia okazały się podwalinami pod płytę This Is War, która wywindowała Amerykanów bardzo wysoko w hierarchii zespołów rockowych. Co zabawne, po okresie niezbyt przyjemnych relacji ekipa Jareda Leto… podpisała nową umowę z Virgin. Decyzję tę lider grupy argumentował tym, że wytwórnia zmieniła podejście do Thirty Seconds To Mars i stworzyła profesjonalny zespół, który odpowiada za sprawy grupy. Jak widać, konflikt z szefostwem może mieć pozytywne skutki.

Czasem zastawiam się, jak brzmiałyby płyty, gdyby znalazło się na nich to, co rzeczywiście nagrał dany wykonawca, a nie przefiltrowane przez korporacyjne analizy resztki tych kompozycji. Pewnie w większości sytuacji „wersja A” różniłaby się od „wersji B” w sposób łatwy do wychwycenia. Jak więc wydostać się z sideł wytwórni? Cóż, jest tylko jedno wyjście – założenie swojej firmy. Coraz więcej artystów idzie w tym kierunku. Ostatnio czytałem, że Charli XCX stworzyła własną. I w sumie fajnie, że tak się dzieje, ale to właściwie jest dodawanie kolejnego trybiku do błędnego koła. Bo przecież taka wytwórnia jest… wytwórnią. Ona też będzie chciała decydować o tym, w jakiej postaci wypuści swój produkt. Jestem tego pewien. Tak więc przyszłość muzyki rozrywkowej maluje się raczej w ciemnych barwach, ale tak przecież było od zawsze. Tyle, że tych wyraziście ponurych historii nie pojawiało się tak dużo.

Czytaj również