Wielkie gale muzyczne to rozdanie nagród najważniejszym artystom, którzy w danym roku osiągnęli najwięcej. To także wiele wspomnień i oddanie hołdu tym osobom, których z nami już nie ma, a którzy tworzyli nasze pojęcie o muzyce. Czasami jednak mniej znaczy więcej, co widzieliśmy wczoraj na Brit Awards.
Śmierć Davida Bowiego była czymś, czego nikt się nie spodziewał. Tuż po wydaniu albumu Blackstar wszyscy spodziewali się nowych singli i teledysków oraz występów, choć jak sam mawiał – do koncertowania już nie wróci. Niestety los sprawił, że tego wielkiego wokalisty i wizjonera muzyki już z nami nie ma. Pozostały po nim jednak wyjątkowe płyty, setki utworów, do których będziemy wracać i trwałe zapisanie się w historii muzyki, bo nikt nie ma wątpliwości, że ją tworzył.
Ta historia tworzy się jednak nadal. Na wczorajszej gali Brit Awards postanowiono uczcić jego pamięć. Pomysł organizatorów jak najbardziej na miejscu, wielkich muzyków trzeba wspominać – z tym się zgadzałem zawsze i myślę, że inni również podzielają moje zdanie w tej kwestii. To co się jednak wydarzyło tego wieczoru, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zaczęło się dość niepozornie. David Bowie pośmiertnie „dostał” nagrodę Brits Icon, a odebrał ją Gary Oldman . Zanim to jednak nastąpiło krótką przemową uraczyła nas Annie Lennox. Na ustach ciśnie się więc stwierdzenie – legenda postanowiła uczcić pamięć drugiej legendy. Brawo! Nie wyobrażam sobie przecież, aby kilka słów o Davidzie mogłyby powiedzieć jakieś gwiazdki w stylu dziewczyn z Little Mix czy chociażby Justin Bieber – choć nie umniejszam im niczego. To są momenty ikoniczne, takie, które zostaną zapamiętane na lata i takie, o których będzie się mówiło jeszcze długo. Niespodzianką był jednak występ Lorde. Organizatorzy zapowiadali co prawda uczczenie pamięci Bowiego, ale kto, co i jak pozostawało tajemnicą aż do samego momentu występu. W dzisiejszych czasach to rzadkość – wszystkie występy są zapowiadane z dużym wyprzedzeniem i czuć tu machinę marketingową, która działa tak, aby widza zachęcić do oglądania. Tu jednak postawiono na tajemnicę, aby oglądający zobaczył coś specjalnego. A trzeba przyznać, że było co!
Krótki instrumentalny kalejdoskop największych przebojów zaprezentował zespół Bowiego, który grał z nim ostatnie koncerty. Były skromne wizualizacje pokazujące wokalistę w najlepszych momentach kariery i ona – Lorde! Całkowita niespodzianka wieczoru, który pokazała się jak z najlepszej strony. Młoda wokalistka, którą przy okazji wydania Pure Heroine chwalił sam Bowie, wykonała utwór Life on Mars. Jeden z największych przebojów Bowiego został ukazany tu jako utwór przełomowy, prosty, melodyjny i bez zbędnych uzupełniaczy. Lorde również postawiła na minimalizm – była skromnie ubrana, a na pierwszy plan wysuwał się jej magiczny głos. Bez zbędnej charakteryzacji i makijażu, pokazała czym dla niej był David Bowie. Przy okazji dała nam do zrozumienia, że to on był wielkim artystą, a ona sama chciała mu tylko oddać hołd. Taki prosty, nienachalny, nie pod publiczkę. Zaśpiewała z serca, co było widać po pokazywanych emocjach.
Spójrzmy jednak na to z drugiej strony kurtyny. Podobny hołd muzykowi został złożony niedawno podczas Grammy Awards. Występ był szumnie zapowiadany już kilka tygodni przed galą jako coś wyjątkowego i jako coś o czym nikt nie zapomni. Artystką tą okazała się Lady Gaga i tu nie było jakiegoś zaskoczenia, bo wiedzieliśmy o tym od dawna. Wokalistka postawiła na pokazanie innowacyjności Bowiego. W medleyu kilku piosenek chciała pokazać to, co miał w sobie najlepszego. Postawiła więc na ostrą charakteryzację wzorowaną wizerunkiem muzyka, tancerzy, nowe aranżacje. Ba! Było nawet tańczące pianino i uciekający mikrofon – bo Bowie był innowatorem muzyki. W tym wszystkim jednak zgubił się przekaz tego występu. To David Bowie miał być uczczony podczas tej gali czy chodziło o pokazanie jak ktoś próbuje go przyćmić, pokazując jak robi to samo, tylko lepiej? Nie zrozumcie mnie źle – to był dobry występ, ale wybaczcie, nie zrozumiałem jej przekazu. Może mniej, znaczy więcej? Czasami warto oddać się muzyce, słowom i głosowi, a resztę pozostawić na inne okazje.
Oddawanie pamięci nieżyjącym gwiazdom na takich galach jest ciężkim zadaniem. Artysta, który się tego podejmie, musi mieć na względzie fakt, że ma on muzycznie jak najlepiej wspomnieć muzyka. Tu nie ma czasu na kiczowate wstawki, na jakieś dziwaczne charakteryzacje, multum tancerzy odgrywających przygotowany wcześniej układ. Tu chodzi o pokazanie wielkości artysty w najprostszy sposób – przez muzykę. Widzimy jednak, że niektórzy artyści próbują przyćmić pewne gwiazdy, a to jest dla mnie granica, której nie można przekraczać. Tzw. tribute przeradza się w cyrk na kółkach, a tu już pozostaje zadać pytanie: jaki to miało sens? Najlepszym przykładem będzie tu opinia syna Davida Bowiego, który skrytykował występ Lady Gagi, a pogratulował Lorde.
Czasem mniej znaczy więcej, pamiętajcie.


