Simple Plan – Taking One For The Team (2016), recenzja Beaty Prętnickiej

Simple Plan to ekipa, którą zaczęłam darzyć sympatią niemalże dekadę temu. Wtedy to w stacjach radiowych hulało When I’m Gone, a później również rewelacyjne Your Love Is A Lie. Nie ukrywam, że wtedy wróżyłam im świetlaną przyszłość. Mówiłam sobie: nie no, fajna kapela, trzeba dać im szansę. Niecały tydzień temu do dyskografii tych Kanadyjczyków doszedł album numer pięć czyli Taking One For The Team. Poprzedni krążek z 2011 roku delikatnie mówiąc, nie porwał mnie. Jak będzie tym razem? Zobaczmy.

Początek Taking One For The Team, czyli właściwie pierwsze sześć utworów, po prostu nie mogę przełknąć. Track otwierający album, Opinion Overload brzmi jak nieudolne skrzyżowanie Linkin Park z American Authors. Jednak ze wspomnianej szóstki najgorsze są Boom! oraz Singing In The Rain, gdzie gościnnie pojawia się R. City. Wspomniane numery trochę przypominają mi Summer Paradise, nagrany z Seanem Paulem – jest prosto i wręcz kiczowato. Klimaty Jamajki plus myśl, czy na pewno wszystko ze mną w porządku, bo chyba nie powinnam tego słuchać. Zaraz też powinna zapalić mi się czerwona lampka ze względu na to, że jest to piąty, a nie pierwszy czy drugi krążek od Kanadyjczyków, więc powinni brzmieć jakoś… inaczej – w tym sensie, że Simple Plan raczej nie powinni być już kapelą grającą na poziomie amerykańskiego college’u. Pozostałe, niewymienione wyżej kawałki są na nieco wyższym poziomie, lecz nadal to nie jest to, czego oczekiwałabym od grupy, czyli progressu – poprawy swojego grania, wokalu – który przecież może być przyjemny. Zespół być może bawi się przy tej muzyce, my niestety nie za bardzo. Wszystko to kiedyś było u innych, a tutaj to tylko powtórka z rozrywki. Kończąc refleksję na temat gangu sześciu wieprzy można jeszcze stwierdzić, że Farewell ma zadatek na singla – jest chwytliwe i swoim brzmieniem jak najbardziej mogłoby wzmocnić już i tak byle jaką promocję krążka.

Zabawa tak naprawdę zaczyna się później. Mamy I Refuse oraz Nostalgic, które kojarzą mi się z twórczością Avril Lavigne i Green Day’em z początków ich kariery. Jest to bardzo dobra porcja punk rocku. Bardzo dużo zyskują także utwory, których tytuły zaczynają się od frazy I Don’t Wanna… Numer nagrany z Nelly’m byłby doskonałym przykładem piosenki eurowizyjnej. Mamy trochę funku, jest niezwykle taneczna, a stylistycznie przypomina Tonight Again Guya Sebastiana. Drugi ze wspomnianych kawałków z zakończeniem Be Sad jest również bardzo rozrywkowy, lecz ciężej wyczuć przebojowość i brawurę, ukrytą bardzo głęboko. I co najważniejsze: swoją pozytywnością utwór wymusza na słuchaczu uśmiech, a chyba o to wszystkim chodziło. Brawo, cel osiągnięty.




Mamy także trzy wolniejsze kawałki. Perfectly Perfect paradoksalnie to (nie tylko przez tytuł, brzmiący trochę jak masło maślane) dzisiejsze One Direction. Sądzę, że wspaniale wybrzmiewałoby to na płycie Made In The A.M. jako balladowa młodsza siostra Perfect oczywiście. Problem Child również zaczyna się spokojnie, by później można byłoby się zastanawiać czy to na pewno jeszcze rock? Dominujące raczej tutaj było country oraz pop, przeplatające się ze sobą. Ostatni zaś numer, I Dream About You, jest zaskakujący z trzech powodów. Po pierwsze jest to najbardziej udany duet na wydawnictwie (gościnnie pojawia się tu Juliet Simms). Po drugie brzmieniowo zdecydowanie odstaje od reszty wydawnictwa i tak, bardzo chciałabym, by próbowali eksperymentować w ten sposób, a nie kurczowo trzymać się rocka. Żeby nie było, nie mam nic przeciwko operowaniu w ramach tego gatunku, ale każdy powinien się rozwijać, a nie stać w miejscu, podchodzić do tematu nagrania kolejnej płyty ambitniej. Po trzecie to jedyny numer na tym krążku, do którego nie mogę się przyczepić. Zdecydowanie dobra odskocznia w przeciwieństwie do pozostałej zawartości.




Czytając poprzednie zdanie możecie powoli wywnioskować moje zdanie na temat Taking One For The Team. Mamy kolejny raz prawie to samo. Jak to mawiała jedna z pań wykładowczyń: tu jest pomieszanie z poplątanym i skoro tak jest – przykro mi, nie zdała Pani. Bezsprzecznie podpisuję się pod tym zdaniem, lecz w kontekście Simple Plan. Panowie znów chcieli zrobić fajną punk rockową płytę i kolejny raz nie udało im się to zbyt dobrze. Mamy kilka jasnych punktów na krążku, ale to zbyt mało do zachwytu nad całością materiału, zawartym na wydawnictwie. Już nawet EPka, wydana trzy lata wcześniej brzmi o wiele lepiej.

Czytaj również