T-shirt, podążając za definicją z Wikipedii, to bawełniany dzianinowy podkoszulek mający krótkie rękawy. Nazwa pochodzi z angielskiego i oznacza „koszula w kształcie litery T”. Myślę, że chyba każdy z Was wiedział, czym jest T-shirt, ale chciałem jakoś ładnie rozpocząć swój dzisiejszy tekst.

Podkoszulek to popularny atrybut każdego fana muzyki, zwłaszcza z przedziału 13-18 lat. Dzięki niemu może on manifestować swoje upodobania i preferencje. To także swoista pamiątka z koncertu, zwłaszcza, jeśli na plecach jest rozpisana cała trasa, z którą dany artysta objeżdża Polskę/ Europę/ świat. W sumie owe muzyczne koszulki są naprawdę fajne. Zespoły oferują praktycznie co trasę nowe wersje, szaty graficzne, itp. Wybór jest przeogromny. I właściwie nie mogę się w ich kontekście przyczepić do czegokolwiek, prócz jednego – ceny.
Jeżeli o tym piszę, to chyba jasne, że nie mam na myśli koszulek sprzedawanych hurtowo na allegro za 30 złotych oraz, w przypadku występu wielkich gwiazd, handlarzy stojących pod miejscem koncertu. W zamyśle T-shirty sprzedawane są przez same zespoły po to, aby zyski wpływały na konto muzyków. Lecz chyba nikt nie jest tak naiwny i nie wierzy, że koleś o nicku jacus5475 (nazwa oczywiście wymyślona przeze mnie na poczekaniu, ale każdy korzystający z serwisu Allegro wie, jakich nicków użytkowników można się spodziewać) przekazuje jakiekolwiek pieniądze dla wykonawcy, którego logo widnieje na sprzedanym przez niego T-shircie. Dlatego gdy mówię o muzycznej koszulce, to mam na myśli tylko te sprzedawane przez samego wykonawcę, zarówno na swojej stronie internetowej, jak i w trakcie koncertów.
Sklepiki z gadżetami (lub używając profesjonalnej terminologii merchandise), z roku na rok oferują coraz ciekawsze produkty. Ostatnio w trakcie występów, na których bywałem, intensywnie przyglądałem się ofercie znajdującej się na stołach oraz ścianie klubu i tylko ślepy by nie zauważył, że jest bardziej różnorodna niż jeszcze 2 lata temu. Np. Enter Shikari oferowali plakat z podpisem całego zespołu za 15 zł, który oczywiście sobie kupiłem. Asking Alexandria sprzedawali kostki gitarowe używane przez gitarzystów zespołu, czy też pałki perkusyjne marki Vic Firth – model, którym ich pałker uderza w bębny w trakcie show. Piórka kosztowały coś koło 15 złotych, a pałki 40 złotych. Cena naprawdę zachęcająca i gdyby nie fakt, że kupiłem już płytę winylową supportujących kapelę chłopaków z August Burns Red, to pewnie bym się na któryś z tych gadżetów skusił. No właśnie, skoro już wywołałem płyty artysty – je też można nabyć – i to w cenie rynkowej. Tylko co z tego, skoro niemal wszyscy kupują koszulki. A te do najtańszych nie należą.
Ich cena to przedział pomiędzy 70 – 110 złotych. Rzeczywiście, w większości przypadków są naprawdę fajne wizualnie. Można je ubrać nie tylko na koncert, ale też w każdy inny dzień. Zapewne miałbym co do nich zupełnie pozytywne podejście, gdyby nie fakt, że sam w przeszłości kupowałem je w trakcie koncertów. Niestety, po kilku miesiącach niemal wszystkie rozpoczynały swój nowy żywot – szmaty do czyszczenia podłogi.
Nie wiem, może po prostu miałem pecha co do jakości ich wykonania? Może na kilka tysięcy wyprodukowanych koszulek, ta jedna była wadliwa? A może produkt ten z założenia jest badziewny po to, by po kilku miesiącach się zużył, a fan, czy to przez Internet, czy na następnym koncercie, kupił sowie nowy? Pytanie pozostawiam otwarte, ale żeby jednak ułatwić Wam wybór słusznej opcji, przytoczę krótkie historie żywota moich koszulek zakupionych na gigach.
1. T-shirt Green Daya nabyty przed występem grupy w Pradze w 2010 roku.
Był on fajny wizualnie – przedstawiał wariację grafik pojawiającą się w książeczce do płyty 21st Century Breakdown z 2009 roku. Z tyłu oczywiście zawierał rozpiskę całej trasy. Kosztował w przeliczeniu na złotówki ok. 120 złotych. Jako, że był to rozmiar S, a nigdy później już nie ważyłem tyle, ile w dniu koncertu (czyli 62 kilogramy), to z racji tego T-shirt rzadko kiedy pojawiał się na moim ciele, a obecnie leży gdzieś na dnie szafy, wspominający jedynie czasy, kiedy był podstawowym elementem mojego ubioru.
2. Koszulka Thirty Seconds To Mars kupiona przed koncertem zespołu w Pradze w 2011 roku.
Cena: koło 130 złotych. Posiadała napis War, taki sam, jak na promowanym przez nich wtedy albumie This Is War, tyle, że w późniejszej wersji (dostępnej w trzech kolorach: czarnej, niebieskiej i różowej. Mi siostra, z okazji mikołajek, kupiła oczywiście wersję numer trzy). Podobnie jak w przypadku koszulki Green Daya – na plecach wypisane były wszystkie miejsca, w których zespół występował w tej części trasy. Chodziłem w niej dosyć sporo. Najpierw traktowałem ją jak normalną koszulka, którą ubierałem np. do szkoły. Po jakimś czasie zauważyłem, że pierwotnie biały napis War zaczął zlewać się z czarnym tłem, co dało mi do myślenia, że koszulka staje się coraz bardziej sprana. Od tamtego momentu T-shirt był kolejno: elementem stroju na WF, koszulką do spania, szmatą.
3. T-shirt Red Hot Chili Peppers kupiony przed ich koncertem w Warszawie w 2012 roku.
Był czarny, a w dniu koncertu Amerykanów temperatura wynosiła 38 stopni w cieniu. Na lotnisku Bemowo, jak łatwo się domyślić, cienia nie było. Nie kłamię – w pewnym momencie myślałem, że autentycznie zemdleje. A wracając do samej koszulki – z przodu miała logo zespołu, wykorzystane w sposób taki, jak na okładce ich ostatniego albumu I’m With You. Jego wnętrze było w barwach biało-czerwonych, a wokoło loga widniał napis: I’m With You Poland. Kosztował równe 100 złotych. Jego żywot to analogia powyższej koszulki.
Te historie pokazują jedno: T-shirty sprzedawane przez zespoły mają i muszą się niszczyć. Po to, by kolejne egzemplarze były jak najczęściej kupowane. Z marketingowego punktu widzenia to pomysł kapitalny. Do momentu, w którym fan przestanie je nabywać.
Zyski sprzedaży wskazują jasno – to T-shirty są najczęściej kupowanym gadżetem w sklepie koncertowym. Nie są to informacje wyssane przeze mnie z palca i nie są to również dane poparte jakimiś papierami, do których dotarłem. Po prostu, w trakcie jednego z koncertów porozmawiałem z facetem sprzedającym te gadżety, ściśle związanym z zespołem, i oto, co mi wtedy powiedział: Sprzedaż płyt to mniej więcej od 5 do 20 procent całej sprzedaży asortymentu. Ponad 60 – 70 % to elementy dzianiny, czyli wszelkiego rodzaju koszulki i bluzy. Gdy spytałem, czemu sprzedawane koszulki są aż tak drogie, odpowiedział: Koszty ich wyprodukowania są wysokie, więc ich cena z automatu musi być też spora. Oczywiście było to PR-owe mydlenie oczu, na które się nie dałem nabrać i powiedziałem: Stary, stworzenie tej koszulki to maksymalny koszt 8-10 złotych, zwłaszcza, że zamawiacie ich pewnie kilkaset, przez co koszta produkcji spadają. Na tę ripostę już nie chciał odpowiedzieć, a że nie jestem Moniką Olejnik i nie osaczam swojego rozmówcy jak rekin polujący na swoją ofiarę, podziękowałem mu za rozmowę, przybiłem piątkę i odszedłem.
Aha, zapomniałem o jeszcze jednej historii mojego muzycznego podkoszulka. Pewnie dlatego, że nasze drogi bardzo szybko się rozeszły. Kupiłem go przed koncertem Green Daya w Łodzi w 2013 roku. Kosztował 100 złotych. Miałem go ubranego przez cały koncert. Gdy występ Amerykanów się zakończył, poszedłem szukać mojej siostry, która również stała pod sceną. Gdy ją odszukałem okazało się, że jej koleżanka złapała piórko Billiego Joe Armstronga. Nie ukrywam, że moim marzeniem było zdobycie kostki gitarowej lidera Green Day’a, lecz inni z widowni mieli podobne pragnienia do moich, więc sztuka ta mi się nie udała. Kiedy zobaczyłem, że dziewczyna ta rzeczywiście ma jego piórko, i to rzucone po ostatniej wykonanej wtedy piosence Brutal Love, bez zastanowienia spytałem: Zamienisz się za koszulkę z koncertu? Na moje szczęście zgodziła się bez wahania, dzięki czemu zamiast T-shirtu, który pewnie po 3 miesiącach powieliłby żywot moich poprzednich koszulek, mam niesamowita pamiątkę, znaczącą dla mnie, wielkiego fana Green Daya i Billiego Joe, naprawdę bardzo dużo.


