Spoken Love – Spoken Love (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Bywają takie momenty, kiedy naprawdę żałuję, że mimo zdumiewającego repertuaru jakiś zespół bądź też pojedynczy artyści kończą swoją dotychczasową działalność. Po jakimś czasie albo angażują się w inną bajkę albo też zaczynają inny projekt. Tworząc nowy twór, zaczyna się definiować go, rzeźbić jego kształt. Tak też było w przypadku Sistars. Zespół się rozpadł (chociaż niedawno była jeszcze szansa na powrót…), a jego członkowie zaangażowali się w nowe przedsięwzięcia. Natalia Przybysz wydała fenomenalny Prąd, druga ze sióstr Paulina również nie próżnuje i wraz z zespołem działa jako RITA PAX. A co z pozostałymi członkami? Działali z innymi artystami, lecz dopiero teraz Bartek Królik i Marek Piotrowski debiutują pod szyldem Spoken Love. Spodziewałam się gniota, wyszło jak zawsze. Czyli na odwrót.

Ilekroć zapatruję się na jakieś rzeczy pesymistycznym okiem, tylekroć muszę zwracać komuś honor. (shit!) Zawsze po zapoznaniu się z czymś jestem zmuszona do zmiany zdania. Zawsze jestem pewna obaw, że coś komuś nie wyjdzie, mimo, że się fajnie zapowiada. Można przecież godzinami wymieniać projekty, które były promowane dobrze brzmiącymi singlami, a później okazywało się, że to były kawałki naprawdę the best of z rzeczonego wydawnictwa, a reszta materiału nadawała się jedynie do śmietnika.

Gdy usłyszałam nazwę Spoken Love, zabrzmiało to dla mnie jak zagadka. Sądzę jednak, że takie było zamierzenie panów. By spojrzeć świeżym okiem tak, jak widzimy zazwyczaj debiutantów, choć paradoksalnie mamy do czynienia z duetem weteranów producenckich. Przecież Bartka Królika i Marka Piotrowskiego znamy nie tylko jako połówka dawnego Sistars, ale są też stałymi współpracownikami kilku znanych nazwisk na polskiej scenie muzycznej.

Szczerze ubolewam nad faktem, że coraz więcej albumów składają się jedynie z paru dość dobrych utworów plus tak zwane wypełniacze, które zajmują 3/4 wydawnictwa. Bo goni wydawca, po cichu goni też chęć zysku. W wypadku Spoken Love nie może być o tym mowy, ponieważ panowie pracowali nad kawałkami przez kilka lat. Słyszymy bardzo dobry materiał, którego nie powstydził się światowej klasy artysta. Mamy tutaj dość ciekawy obraz rzeczywistości, który udowadnia spostrzegawczość panów tworzących projekt. Plus do tego wokaliza Bartka Królika, która każdemu kawałkowi nadaje specyficzny klimat. Teksty to dzieło aktora i piosenkarza Chesney’a Snowa, który w ten sposób wiernie oddaje ideę Spoken Love, którą przedstawili w jednym z facebookowych wpisów. Aż żal to parafrazować, więc przytaczam w całości.

TROCHĘ O PŁYCIE : Treść albumu i koncept Spoken Love powstały w oparciu o twierdzenie, że jednym z głównych zadań…

Gepostet von Spoken Love am Dienstag, 6. Oktober 2015

Najjaśniejszymi punktami są oczywiście utwory znajdujące się na wydawnictwie takie jak Pimp for Love, Under the Sun oraz kończące krążek Falling Rain. Te trzy kawałki to kwintesencja albumu, co nie oznacza wcale, że reszta jest gorsza. Umówmy się, każdy numer jest zrobiony dość interesująco produkcyjnie, lecz nie każdy mnie porwał w równym stopniu – najbardziej te wymienione wyżej. Singlowe propozycje tworzące swego rodzaju trylogię też w większości są fajne… Jedynie z Chant mam największy problem – ale kto powiedział, że dosłownie wszystko ma się wszystkim podobać? Gdyby tak faktycznie było, to najprawdopodobniej nie moglibyśmy słuchać tak wartościowego wydawnictwa. Do gustu nie przypadły mi również featuringi, czyli Tender Rose oraz Moonlight Teardrops. Z ciężkim sercem muszę stwierdzić, że to pięty Achillesowe i jeszcze większym ubolewaniem… że toleruję ubóstwiam tylko i wyłącznie wokal Bartka.



Spoken Love to jak najbardziej projekt godny uwagi dla osób, które chcą czegoś więcej od muzyki. Pozwala przypomnieć sobie czasy Sistars, gdzie również na jakość produkcyjną nie mogliśmy narzekać. Za to należą się oklaski i owacje na stojąco. Drugą rzeczą jest odwaga podzielenia się muzyką prosto ze swojej duszy… Serio, jeszcze kilka miesięcy temu miałam w swoim odtwarzaczu dawne siostry Przybysz i płakałam nad tym, że możliwość reaktywacji i wspólnego grania z fajnym feelingiem odeszła w niepamięć. Obecne dzieło przypomina jest drobnym powrotem do przeszłości, więc tym bardziej cieszę się, że nowe nagrania ujrzały światło dzienne. Tamte czasy już raczej nie wrócą, ale otrzymujemy pocztówkę od połowy tamtego projektu z dopiskiem w stylu Nie zapomnieliśmy, nadal jesteśmy interesujący. Pokochajcie naszą muzykę w taki sam sposób, jak przyjaciela, siostrę czy kochanka. Nie będę nawet ukrywać, że duet sprawił mi niepohamowaną radość, prezentując jedenaście utworów dość różnych. Fajnie, że jesteście i dajecie powiew świeżości, brakujący pośród bylejakości towarzyszącej w radiu na co dzień.

Czytaj również