„Motörhead w studio” (2015). Recenzja Kuby Koziołkiewicza

Motörhead to, jak głosi cytat z magazynu Rolling Stone, znajdujący się na tylnej obwolucie ocenianej książki, ojcowie speed metalu, zespół, którego w latach 80. słuchali zarówno punkowcy, jak i heavymetalowcy (bez Motörhead nie istniałaby na przykład Metallica). To jedno zdanie podsumowuje chyba cały dorobek tej brytyjskiej legendy, na czele której od równo 40. lat stoi uosobienie rock and rolla – Lemmy Kilmister. W czerwcu po raz pierwszy na polskim rynku ukazało się Motörhead w studio (wydawnictwo In Rock), opisujące powstawanie wszystkich studyjnych płyt Brytyjczyków od kuchni.

Współautorem publikacji jest Jake Brown – amerykański dziennikarz muzyczny, specjalista w tworzeniu książek pod nazwą in the studio (jest jednym z twórców m.in takich pozycji jak Rick Rubin. In the Studio czy Prince. In The Studio). Piszę współautor, gdyż jako drugi z nich wymieniony został Lemmy, który na potrzeby tego wydawnictwa skomentował proces tworzenia całej dyskografii swojego najważniejszego zespołu życia. Jednak Lemmy’ego, paradoksalnie, w tej książce jest stosunkowo mało. Ale po kolei.

Każdy rozdział publikacji poświęcony został jednej, lub czasem dwóm płytom. Rozpoczynają się one najważniejszymi informacjami z nimi związanymi, tj. kto je nagrywał, kiedy odbyła się ich premiera oraz w jakim kraju i na jakiej pozycji została ona najwyżej notowana. Fajna sprawa, bo zamiast grzebania w Wikipedii mamy wszystko podane na tacy. To duże ułatwienie, zwłaszcza w kontekście kapeli, której licznik samych studyjnych płyt powoli dobija do liczby 20. Owe rozdziały są krótkie, max 10-12 stronicowe, dzięki czemu książkę czyta się dynamicznie i bez żadnych zastojów. Ona sama nie jest bratem bliźniakiem Ulissesa. Składa się z 221 stron tekstu plus wkładki ze zdjęciami. Do zaznajomienia w kilka godzin.

Przejdźmy do części merytorycznej. Motörhead w studio to wydawnictwo bardzo ciekawe, zawierające mnóstwo wypowiedzi, których treść odsłania sposób nagrywania najgłośniejszego zespołu świata. Producenci oraz realizatorzy dźwięku, współpracujący z grupą w trakcie nagrywania płyt, bardzo szczegółowo opisują prace z poszczególnymi członkami grupy. Na tyle szczegółowo, że podają ustawienia konsolet i mikrofonów, którymi realizowali zespół oraz ich modele. Ten fakt sprawiał, że mimo niewielkiego, ale jednak, doświadczenia w studiu muzycznym, często czułem się tak, jakbym, czytał podręcznik do fizyki jądrowej. Wiele fragmentów tej książki dedykowanych jest ewidentnie dla osób obeznanych w tematyce studiów nagraniowych. Obawiam się jednak, że większość fanów Motörheada, nawet tych grających na instrumentach, nie orientuje się w trendach omikrofowania zestawów perkusyjnych czy ustawień pieca gitarowego, tak, by częstotliwości sześciostrunowej gitary nie wchodziły w częstotliwości basu, przez co znaczna część niniejszej książki może okazać się dla nich czarną magią. Ale w końcu to publikacja o pracy w studio, więc taka terminologia musiała się w niej znaleźć.

Co dosyć istotne, wydawnictwo nie jest w żadnym wypadku biografią zespołu. Oczywiście ciężko było odseparować nagrywanie poszczególnych płyt Motörheada od jego historii, ale była ona jedynie odległym tłem do głównego tematu.

Fajne jest to, że po przeczytaniu publikacji wydaje mi się, że głównymi bohaterami Motörhead w studio nie są członkowie grupy, a właśnie producenci i realizatorzy, czyli ci, których zazwyczaj kojarzymy jedynie z nazwiska pojawiającego się w książeczce dołączonej do kompaktu. Ich przemyślenia związane z poszczególnymi albumami opowiadają nowe historie na temat kultowych już płyt.

Wracając do Lemmy’ego – w książce było go zdecydowanie mniej, niż się tego początkowo spodziewałem. Ale jego wypowiedzi były po prostu krótkie i treściwe. Oto przykład:

o brzmienie singla (Lemmy opowiada o utworze Louie Louie – przyp. red) zadbaliśmy do spółki z tym kolesiem, Neilem Richmondem. Nigdy więcej z nim już nie współpracowaliśmy, ale był dobry… (…) Nazywaliśmy go Neil „Rybia Morda”. Nie pamiętam już dokładnie dlaczego, bo nie miał rybiej mordy – a już na pewno nie było tego widać na pierwszy rzut oka.

Cały Lemmy.

Książka na amerykańskim rynku wydawniczym miała premierę w 2010 roku. Jako, że minęło już od tamtego czasu pięć lat, wydawnictwo In Rock uzupełniło tę lukę w postaci dodatkowego rozdziału. W nim wtargnął się drobny błąd – napisano, że Motörhead wystąpi w tym roku 7 lipca na warszawskim Torwarze, a w rzeczywistości zespół zagrał dzień wcześniej – czyli 6 lipca. Ale kto będzie o tym pamiętał za kilka lat?

Jeżeli jesteś fanem Motörheada i Lemmy’ego – musisz przeczytać tę książkę. To pozycja obowiązkowa i trzeba się cieszyć, że w tak jałowej rodzimej ofercie wydawniczej związanej z zespołem, można trafić na naprawdę rzetelnie napisaną publikację, zajmującą się sferą, do której wstęp, poza Lemmym i spółką, mają tylko nieliczni.

MOTORHEAD W STUDIO 2015 IN ROCK

Czytaj również