Nate Ruess – Grand Romantic (2015), recenzja Michała Szuma

Jeszcze parę lat temu mało kto o nim słyszał. Zespół the Format też raczej nie jest znany wśród szerokiej publiczności. Jednak parę piosenek, a może przede wszystkim dwie sprawiły, że zrobiło się głośno. Teraz wokalista Nate Ruess debiutuje solowo. Chociaż debiut, to chyba w tym przypadku za duże słowo.

Swoje największe sukcesy Nate święcił niewątpliwie z grupą fun. To właśnie wraz z Andrew Dostem i Jackiem Antonoffem nagrał najpierw bardzo niedocenione Aim and Ignite, które przeszło mainstream bokiem, oraz Some Nights, które stało się strzałem w dziesiątkę jeśli chodzi o sukces komercyjny. To właśnie dzięki utworowi We Are Young z tej drugiej płyty, zespół osiągnął szczyty wielu list przebojów. Który utwór zatem pomógł jeszcze Nate’owi zdobyć popularność? Only Love, które powstało we współpracy z Anthonym Greenem? Otóż nie, panie żartownisiu Michale – chodzi oczywiście o Just Give Me a Reason! Aktualnie, nagrana wraz z wokalistką Pink piosenka, liczy sobie ponad 400 milionów wyświetleń, więc niewątpliwie to ona bardzo pomogła w rozsławieniu marki o nazwie Ruess.

Ale co działo się z naszym bohaterem w międzyczasie? Koncerty, koncerty i jeszcze trochę koncertów. Jak powiedział sam Nate w niedawnym wywiadzie dla AbsolutePunk, te 3 lata w trasie były dla niego czymś wielkim, o czym nigdy nawet nie śnił i z czego jest bardzo dumny. Jednocześnie stwierdza również, że po powrocie do domu po takim czasie, gdy mógł wreszcie znaleźć trochę czasu tylko dla siebie, było to dla niego także fantastycznym uczuciem. Wtedy to narodziła się w jego głowie koncepcja solowego albumu, bowiem w trakcie tego odpoczynku nieraz zdarzyło mu się usiąść i po prostu zacząć pisać piosenkę z marszu, ciesząc się przy tym jak amerykańskie dziecko w restauracji fastfood.

No dobrze, ale przecież to miała być recenzja płyty Grand Romantic, czyż nie?! Otóż tak, ale chciałem wspomnieć nieco o kontekście kulis jej powstawania, aby móc postawić pewne twierdzenie i następnie skonfrontować je z tym, co znajduje się na krążku. Mianowicie uważam, że jest to wydawnictwo bardzo w stylu fun. Praktycznie nie czuć tego, że jest to solowe dzieło Nate’a, bowiem równie dobrze można by podpisać to jako dzieło zespołu fun. i myślę, że nikt by się nie zorientował. A przecież chyba nie o to chodzi. W momencie, gdy dany artysta decyduje się na wydanie dzieła będącego owocem indywidualnej pracy, chce zapewne, aby nie utożsamiano go z formacją, do której przynależy/przynależał. W przypadku Ruessa ta sztuka w moim odczuciu średnio się udała.

Płyta jako całokształt jest bardzo przeciętna, żeby nie powiedzieć słaba. Otwiera ją twór pt. Grand Romantic, które w zamyśle gra rolę, o ironio, Intro. Motyw doskonale znany z płyty Some Nights: jakiś tam chórek, brak wyrazistej sekcji rytmicznej, delikatna melodyjka – surprise, surprise. Po takiej dawce fun. otrzymujemy piosenkę AhHa, w której odnajdziemy…. jeszcze więcej fun. Jakby tego było mało, to dla ludzi o mocnych nerwach Nate przygotował także niezwykle przerażający teledysk, w którym główną rolę gra on sam. Istny koszmar! Gwoździem do trumny tej kompozycji niech będzie komputerowa modulacja wokalu, którą już też gdzieś słyszałem.

Uwaga! Teledysk przeznaczony jest dla ludzi o mocnych nerwach :)

Trzecią kompozycją na Grand Romantic jest Nothing Without Love, od którego to zacząłem moją przygodę z tą płytą. Zasłyszana gdzieś przypadkiem, od razu skojarzyła mi się… a jakże – z fun. No ale powiedzmy, że widziałem pewną iskierkę nadziei gdy dowiedziałem się, że to jednak solowy album ich frontmana. Jako, że jest we mnie troszeczeczkę romantyka, dałem tej kompozycji szansę i nie zniechęciłem się nawet jej płytkim jak kałuża tekstem. Bo ile można słuchać piosenek o tym, że miłość jest wspaniała, że bez miłości człowiek jest nikim, że gdy nie jest się zakochanym jest się smutnym i samotnym. NUDA. Rozumiem, że Ruess przeżywał wiele ciężkich chwil w związku z… brakiem związku, jednak mógłby się przy tej okazji zdobyć na nieco więcej kreatywności i mógłby wymyśleć jakieś ciekawsze metafory czy symbole, a nie ‘jestem jak statek na mieliźnie’.

A skoro dotarłem już do kwestii poruszających tekstów, to warto się trochę nad nimi pochylić. Chcąc przeanalizować głębiej szatę liryczną tej płyty postanowiłem skorzystać ze strony genius.com, dzięki której dowiedziałbym się nieco więcej o kontekście powstania płyty, o szczegółach z życia Nate’a i innych kwestiach, które mogły wpłynąć na taki, a nie inny jej obraz. Wyczytałem co nieco o porodzie po chorobie matki, o jego depresji, o hektolitrach alkoholu, które także nie pomagały mu się pozbierać i przede wszystkim o miłości, która była prowokatorem wszystkich złych rzeczy. Życiorys niegodny pozazdroszczenia, dlatego czemu by nie opowiedzieć o nim na płycie. Problem jest w tym, że opowieść ta jest bardzo banalna i trochę zbyt oczywista. Jest przecież tak wiele figur stylistycznych do zastosowania, które idealnie podkreśliłyby wymowę całości. Inna sprawa, że mnie takie ckliwe historyjki raczej i tak by nie poruszyły, jednak może spojrzałbym na Ruessa pod trochę innym kątem, a być może i przekonałbym się do części tekstów jako czegoś głębszego. Suma summarum, jeżeli ktoś lubi miłosne i momentami smutne opowiastki, to wspomniane przeze mnie bajery ostatecznie na niewiele by się zdały i teksty na Grand Romantic pozostaną w jego opinii genialnymi dziełami. Cóż – szanuję to.

Chcąc być sprawiedliwym wobec tej płyty muszę jej oddać też to, co w niej dobre. A parę takich rzeczy jest, bo kilkukrotnie nacisnąłem pauzę na odtwarzaczu, aby następnie cofnąć dany utwór do początku. Taki moment spotkał mnie podczas piosenki Moment, kiedy to urzekły mnie pięknie bijące bębny. Melodia utworu w prawdzie nie jest zbyt skomplikowana, jednak to działa na jej plus, gdyż dodaje kawałkowi swego rodzaju uroku i klimatu.

Na plus można też zaliczyć fakt, że chwilami słychać nieco kombinatorski styl płyty. Czuć, że Nate wydawał ją trochę w ciemno, bo faktycznie nikt do końca nie mógł się spodziewać jak będzie przedstawiał się całokształt. Mimo, że jest to dość bezpieczne wydawnictwo, bo mocno stylizowane na fun., to jednak chęć eksperymentowania wzięła górę i widać, że chęć poszukiwania swojego stylu odznacza jakieś tam piętno. Z jednej strony mamy przez to płaskie i jednorodne brzmienie, które momentami nudzi, jednak od czasu do czasu pojawia się tam element, który jest niespodziewany i wyrasta znikąd. Tak jest chociażby w przypadku You Light My Fire (o dziwo pozytywnej pod względem lirycznym, co warto zaznaczyć!), gdzie wraz z refrenem rozpoczyna się piękna gra ksylofonu, który brzmi po prostu bajecznie. Rytmicznie też to wszystko świetnie gra, tak więc tę kompozycję także można potraktować jako pozytywną stronę płyty.

W tym momencie wypada mi jedynie dodać to, że nie jestem jakimś psycho fanem ani Nate’a, ani fun., więc być może pominąłem jakiś element, który byłby pomocny w lepszym odbiorze płyty, jednak na moje oko jest to po prostu średnie wydawnictwo, jakich pełno w dzisiejszym mainstreamie. Światełkiem w tunelu może być jej lekko eksperymentalny charakter i to, że ostatecznie jest to debiut. Ja jednak twardo pozostając przy swoim za debiut uznaję Aim and Ignite.

Czytaj również