Miguel to obecnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych wokalistów R&B, specjalizujący się w PBR&B. To także jeden z tych wokalistów, którzy łamią kobiece serca i który urzeka nas swoją sensualnością. Oczekiwania więc co do tej płyty miałem wielkie, zanim jeszcze tak naprawdę sam zainteresowany ją zapowiedział. A jak mu wyszło?
Od wydania jego drugiej płyty, Kaleidoscope Dream, miną niedługo trzy lata. Krążek nominowany był do wielu branżowych nagród, a singiel z niego pochodzący, Adorn, wygrywał nagrody dla najlepszej piosenki R&B. I choć wielu z nas kojarzy go głównie z tego utworu, przez krytyków chwalony był za całość i nazywany nadzieją tej stylistyki. Wokalista tym samym zawiesił sobie bardzo wysoko poprzeczkę i zdaje się wykorzystał ją w 100%. Miguel jest autorem wszystkich utworów na płycie, jedynie w dwóch wspomogło go innych tekściarzy. Ale po kolei.
Album rozpoczyna jeden z najlepszych utworów na płycie a beautiful exit. Intrygujące mówione intro w towarzystwie gitar, wprowadza nas w utwór iście nowatorski. O ile przy ostatnim albumie mówiło się, że niektóre utwory brzmią eksperymentalnie, w przypadku Wildheart wokalista przesunął o krok milowy tę granicę. Miguel zgrabnie płynie po dźwiękach, jego głos brzmi intrygująco i w żadnej sekundzie utworu nie brzmi nudno. Wysunę też odważną tezę, że w swojej stylistyce stał się obecnie jednym z najlepszych wokalistów. Nie w sposób znaleźć kogoś, kto grałby podobną muzykę. Świat R&B idzie do przodu, pojawiają się nowi artyści (Jhene Aiko, Frank Ocean czy Tinashe), ale to on tworzy specyficzną otoczkę. Krążąc dalej po trackliście, wciąż odnajduję niezłe połączenia. Mamy tu specyficzne DEAL i the valley – dwa bardzo przebojowe utwory, które z pewnością pewnie zostaną nowymi singlami. Używając jednak słowa „przebojowe” miałem na myśli najlepsze jego skojarzenie. Piosenki pomimo chwytliwych melodii, brzmią bardzo alternatywnie jak na R&B. No i sensualna seksualność. To chyba temat przewodni płyty, jak i całej jego dyskografii. W takich utworach jak chociażby coffee, czaruje nas swoją nieskrępowaną seksualnością, uwodzi nas swoim czarującym głosem i wprost zaprasza do łóżka (czy w tym przypadku na kawę). Czy któraś kobieta w obliczu takich wyznań stała by obojętna?
Po tym utworze dzieje się jednak wiele. Pozostając w świecie Miguela, mamy tu mniej nowatorskie kawałki, lecz wciąż w jego klimacie. FLESH – nie odstające od piosenek z ery Kaleidoscope Dream, lecz z dużą dozą falsetowego głosu, tak wysokiego, że aż ciężko to sobie wyobrazić. Jego wokal ciągnie się i tuli melodię, aż miło posłuchać. leaves natomiast to lekka ballada z nieprzesadzonym brzmieniem, w sam raz na spędzenie mile czasu. No i wisienka na torcie. face the sun to numer optymalny, wpadający w ucho z ciekawym tekstem. Zaskakujący jest jednak gość, którym jest Lenny Kravitz. Nigdy bym nie przypuszczał, że gitary mistrza tak dobrze wpasują się w specyficzne brzmienie Miguela. Szkoda jednak, że nie udziela się tu także wokalnie. To mógłby był prawdziwy sztos i murowany hit, jak chociażby Adorn. Marzenia jednak się spełniają i liczę na ponowną współpracę tych panów.
Deluxe’owy sztos
W tym momencie mógłbym zakończyć relacjonowanie moich wrażeń. Pojawiła się jednak w serwisach streamingowych wersja rozszerzona albumu, i to jaka! Piosenka o zaskakującym tytule gfg to kolejny eksperyment. Wokalista zamiast ponownie uwodzić nas swoim głosem, zaczyna… rapować. Muzyka natomiast mocno nawiązuje do elektroniki, a wyskakujące znikąd głosy wymiatają – to produkcja na bardzo wysokim poziomie. Zaskoczeniem jest też pełna wersja wcześniej wspomnianego destinado a morir, która nabrała tu niezłego tempa. Na płycie znalazło się także starsze nagranie Simple Things oraz damned. Pierwsze z nich jest bardzo stonowane, zaś drugie ma bardzo intrygujące sekcje bębniarskie.
Wildheart to zdecydowanie jeden z lepszych krążków stylistyki R&B ostatnich miesięcy. To pójście o krok na przód, próba znalezienia nowego oblicza. Wciąż jednak pozostaje na maksa seksualny, nienachalny, uwodzi sensualnością i wdziękiem. Eksperymentuje co uznać należy na wielki plus. Tytuły utworów pisze jedynie małymi literami lub tylko wielkimi. Czyżby nawiązanie do wielkiego Prince’a? Nie mniej jednak buduje swoją markę, której nie da się podrobić. Buduje swój świat, do którego nas zaprasza. Nie pukając wchodzę i zachwycam się jego muzyką.


