To miejsce było dla mnie fantastyczne. Jako, że w duszy gra mi rock and rollowa muzyka, czułem się w nim jak Amerykańskie dziecko w restauracji McDonalds. Blat baru miał kształt gitary Fender Stratocaster. Na ścianach namalowane były podobizny Jima Morrisona, Jimiego Hendrixa, czy Janis Joplin. W złotym okresie działalności, każdego dnia na scenie tego klubu prezentowali się miejscowi artyści, czy też światowe sławy. Lokal nazywał się Lizard King, nawiązywał do pseudonimu lidera The Doors – Król Jaszczurów. Mieścił się na jednej z bocznych uliczek prowadzących do krakowskiego rynku. Odwiedzali go zarówno krakowscy fani rocka, jak i zagraniczni turyści, których do środka zwabiał dźwięk gitarowych riffów. Dziś w tym miejscu mieści się discopolowy klub.
Tydzień temu wracaliśmy ze znajomymi z Łodzi. Niecałą godzinę wcześniej opuściliśmy Atlas Arenę, na której swoje show wykonali Scorpions. W czasie podróży w pierwszą stronę, przez cztery godziny z samochodowych głośników rozbrzmiewały rockowe hymny Niemców – chcieliśmy odpowiednio się naładować do występu muzyków. Gdy wracaliśmy, na playliście, nie wiem skąd, znalazł się utwór Miód malina zespołu MIG. Tak, to ci sami goście, z których jeszcze kilka lat temu cała Polska się naśmiewała w związku z teledyskiem do piosenki Co ty mi dasz. Dziś ich klipy na Youtube przebijają liczbą odtworzeń takich artystów jak choćby Dawid Podsiadło.
A ja od tygodnia nucę pod nosem refren Miód malina, czym coraz bardziej irytuję moją dziewczynę.
Disco polo ostatnimi laty weszło na salony. Gatunek, którego kiedyś nikt nie chciał nazywać jakąkolwiek odmianą muzyki, staje się coraz bardziej popularny – nie w taki sposób jak kiedyś, gdy występy tych wykonawców odbywały się w starych remizach strażackich. Boys czy Weekend to zespoły grające swoje piosenki na sylwestrowych koncertach, które transmituje ogólnopolska telewizja. Dożyliśmy czasów, kiedy w kiosku możemy kupić magazyn poświęcony jedynie muzyce discopolowej, a w telewizji raczą nas kanałem, na którym prezentowane są teledyski polskich wykonawców związanych tylko i wyłącznie z tym gatunkiem. Ba! W jego ramówce jest nawet talent show, poszukujący nowe gwiazdy i serial w stylu Dlaczego ja?, którego akcja kręci się wokół klubu disco…
W dzisiejszym felietonie chcę nie tylko Wam, ale też samemu sobie, wyjaśnić, dlaczego disco polo jest z roku na rok coraz bardziej popularne w naszym kraju. Jakim cudem gatunek, z którego śmieje się 90% naszego społeczeństwa, okazuje się jednym z najbardziej popularnych.
Proste – to przymiotnik określający wszystkie kawałki z nurtu disco polo. I moim zdaniem to jest właśnie klucz do ich sukcesu. Słuchając Czadomana nie dostajemy zmyślnych kombinacji akordów, skomplikowanych połączeń refrenu ze zwrotką, czy łączenia tonacji molowej z durową. Wszystko tworzone jest na jedno kopyto z wykorzystaniem maksymalnie 4 akordów… no może nie akordów – bardziej jakiś elektronicznych sampli, które w łatwy sposób można wygenerować na starym komputerze z Windowsem 98, zgrywając z płyty CD jakiś program w stylu Super DJ, kosztujący na bazarze 5 zł. Banalne są też teksty tych kawałków, poruszające takie ważkie tematy jak seks, dziewczyny i dobra zabawa. Składają się maksymalnie z dwóch zwrotek i refrenu zbudowanego z kilku słów, dzięki czemu po jednym przesłuchaniu te przeklęte wypociny nuci się przez kolejne pół roku.
Na porządnym polskim weselu muszą być trzy rzeczy: rosół, wódka i Jesteś szalona, ewentualnie Wolność. Bez tego każdy z najważniejszej imprezy życia dla dwojga zakochanych wychodzi niezadowolony. No właśnie, nurt disco polo, oprócz kiczu i tandety, kojarzy się z dobrą zabawą. Imprezami i wódką lejącą się z każdej strony. To właśnie dlatego, gdy słyszymy charakterystyczne dźwięki tego gatunku, na naszej twarzy pojawia się uśmiech. Nie mamy w związku z tymi kawałkami żadnych negatywnych konotacji. Dla mnie Viva la Vida Coldplay’a kojarzy się z wakacjami na Chorwacji sprzed paru lat, ale np. trzynastoletnia Ania z Bytomia w akompaniamencie tej piosenki zrywała ze swoim chłopakiem, z którym była całe dwa tygodnie. Co za tym idzie, ja w stosunku do Viva la Vida mam miłe wspomnienia, a Ania – nie do końca. Natomiast czy ktoś ma niemiłe wspomnienia z Jesteś szalona? Nie ma takiej opcji. No chyba, że przesadził z ilością toastów za pannę młodą i resztę imprezy spędzał nad zalatującym zapachem uryn sedesem.
Gdy widzimy pulchnego chłopca biegnącego z prędkością 2 km/h za piłką w stroju Messiego, to nie mamy serca się z niego naśmiewać. Bijemy mu brawo i udajemy, że bardzo nas ucieszyło to, że strzelił gola na pustą bramkę. To samo mamy z disco polo. Ten gatunek to właśnie taki grubiutki człowieczek, z którego nie chcemy się śmiać, bo przecież nie wypada. Prawda jest taka, że nikt o zdrowych zmysłach nie doszuka się w nim czegoś artystycznego. To totalna wiocha dla pustych ludzi, którzy nie są na tyle inteligentni, by sięgnąć choćby po kawałki Pink Floyd, twierdząc, że to nie ich klimaty. Przez wiele lat disco polo traktowane było jak ciekawostka – jak starszy pana kolekcjonujący zabawki z Kinder Niespodzianki albo pani zbierającą obrazki Maryjne z całego świata. Jednak przez to, że nikt nie odważył się zamknąć tego nurtu w wiejskich barach, dziś ci wykonawcy zajmują miejsce na klubowych czy plenerowych scenach w dużych polskich miastach, zabierając je wspaniałym artystom, którzy muszą grać za 100 zł w podrzędnych spelunach.
Zatem kto jest temu winny? Duże wytwórnie? Nie, discopolowcy sami wydają swoje płyty. Zresztą nikt ich nawet nie kupuje. To może organizatorzy imprez, zapraszający D-Bomba i Camasutrę jako gwiazdy swoich koncertów? Po części tak, ale gdyby nie było popytu, nie byłoby też podaży. W znacznej części winowajcami jesteśmy my sami. Każde nasze kliknięcie na teledysk tych pseudomuzyków powoduje, że nabijamy im oglądalność, która staje się później dla nich kartą przetargową w negocjowaniu występów. Każde nasze przełączenie pilotem na kanał Polo TV sprawia, że stacja ta utrzymuje zadowalającą oglądalność i właściciele nie mają powodów, by ją zamknąć. Uwierzcie mi, gdyby disco polo nie przynosiło zysków, nikt nie zainwestowałby w ten gatunek choćby grosza. A tak młodzi ludzie, zamiast uczyć się gry na gitarze, czy pianinie, wolą tworzyć prostą muzykę zbudowaną z sampli, zupełnie pozbawioną choćby krzty artyzmu.
I dlatego dziś, idąc ulicą św. Tomasza w stronę krakowskiego rynku, w miejscu, gdzie kiedyś mieścił się Lizard King, z uchylonych drzwi lokalu, zamiast dźwięków krystalicznie czystego Gibsona Les Paula, słyszę słowa Jej ciało się wygina miód malina, lub Bo w moim sercu jest Agnieszka, ona tu niedaleko mieszka. Taka seksowna, roześmiana, codziennie rano je banana.


