Nie jestem Tabithą z Birdmana. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Parę dni temu obejrzałem nominowany do Oscara film Birdman z grającymi w nim m.in Michaelem Keatonem, Edwardem Nortonem i Emmą Stone. Ten pierwszy wcielił się w rolę Riggana Thomsona, upadłego aktora, który nie może odnaleźć się w otaczającej go rzeczywistości po odegraniu ponad 20 lat temu swojej życiowej roli – superbohatera o imieniu Birdman. Aktualnie prowadzi broadwayowski teatr, jednak powracające wspomnienia sprzed dwóch dekad, kiedy był megagwiazdą, nie dają mu spokoju.

Jego ostatnią szansą na powrót do Hollywood jest sztuka, nad którą aktualnie pracuje. W pewnym momencie filmu, Riggan spotyka w barze Tabithę – wielce szanowaną recenzentkę teatralną, która swoim tekstem potrafi wynieść sztukę na piedestał, albo zeszmacić ją i symbolicznie wyrzucić do kosza. W rozmowie z głównym bohaterem filmu mówi mu wprost: nieważne, że ten spektakl, być może, będzie fantastyczny – ja cię nie lubię, jak dla mnie jesteś celebrytą, a nie aktorem, więc zrobię wszystko, by zniszczyć twoje przedstawienie.

Czemu przywołuję Wam ten fragment filmu? Bo czytając komentarze pod recenzjami na naszym portalu, odnoszę czasem wrażenie, że uważacie nas właśnie za kogoś takiego jak Tabitha – jędzowatych redaktorów, którym zależy na bezpodstawnym krytykowaniu premierowych albumów polskich i światowych artystów.

A tak nie jest.

***

Zanim rozpocznę jakiekolwiek dywagacje w temacie felietonu, wkleję Wam z Wikipedii niezmieniającą się od dekad definicję recenzji – po to, żebyście wszyscy mieli jasność, czym jest ten gatunek.

„Recenzja to analiza i ocena dzieła artystycznego (…) nakłaniająca lub zniechęcająca. Odnosi się do aktualnych zjawisk artystycznych i naukowych, (…) zawiera elementy informacyjne, analityczno-krytyczne i oceniające. Kompozycja recenzji jest dostosowana do wymogów tematycznych dzieła, określonego odbiorcy, specyfiki medium, w którym recenzja jest publikowana. To krytyczne lub pozytywne omówienie utworu artystycznego lub naukowego, którego celem jest poddanie ocenie wartości tego dzieła (…) w sposób czysto subiektywny”.

No właśnie. Ostatnie dwa słowa są kluczem do zrozumienia sensu recenzji. Ma ona być czysto subiektywna, czyli opinie w niej zawarte, muszą być tylko i wyłącznie przemyśleniami autora, a nie radami jego kumpla, który jest zafascynowany ocenianym artystą, czy ogólnie panującą podnietą związaną z danym wykonawcą. Oczywiście, jeśli uważamy płytę za twór dobry, to również podpisujemy się pod tymi zachwytami, lecz jeśli album okazuje się dla nas totalną klapą, musimy to w naszym tekście wypunktować.

I wtedy zaczynają się jazdy. Na stronę wbijają fandomy wykonawców i zaczynają swoje plucie jadem: Czemu tak nisko? Przecież ta płyta jest arcydziełem!, Czy redaktor ma w ogóle słuch?, Tylko osoba nie znająca się na muzyce może napisać, że ten album jest słaby – to tylko przykłady niektórych wpisów pojawiających się nie tylko pod naszymi recenzjami. Jest to problem wszystkich mediów związanych z muzyką – fani nie mogą zrozumieć, że coś, co podoba się im, niekoniecznie musi przypaść do gustu autorom tych tekstów.

Od czasu do czasu zarzucacie nam brak obiektywizmu, ale jak recenzja może być obiektywna? Spróbujcie wyobrazić sobie sytuację, w której ten gatunek dziennikarski miałby wyróżniać się bezstronnością i brakiem jakiegokolwiek innego spojrzenia na zawarte na ocenianym krążku utwory. Dla mnie jest to niewykonalne. Skończyłoby się to tym, że gazety, czy portale tworzyłyby kalki recenzji. Wszystkie takie same. Pełna unifikacja.

Każda nasza analiza poparta jest wyczerpującą argumentacją. Nie dajemy przecież jakiejś płycie 3/10 tak dla jaj, a kolejnej 9/10, bo ma fajną książeczkę – nie jesteśmy gazetką szkolną. Wszystkie recenzje uzupełnione są o racjonalne i rzeczowe opinie. Piszą je osoby obyte w artystycznej tematyce analizowanych albumów. To znaczy – każdy redaktor All About Music ma swoje ulubione style, na których się zna i wydawnictwa właśnie tych gatunków poddaje swojej krytyce – pozytywnej, lub negatywnej. Dlatego ja nie oceniałem i nie będę oceniał płyt Beyonce, Nicki Minaj, czy Katy Perry, bo nie czuję muzyki popowej i musiałbym zjechać te krążki od góry do dołu, a idąc w drugą stronę – np. Łukasz Mantiuk nie oceniał płyt AC/DC, czy Foo Fighters, ponieważ to nie są jego klimaty.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie uważam, że nie powinniście nas poddawać krytyce. Sam Arystoteles mówił: jest tylko jeden sposób na uniknięcie krytyki: nic nie rób, nic nie mów, nikim nie bądź. Wasze uwagi są jak najbardziej mile widziane – sam lubię odpisywać na opinie czytelników, czy dziękować im za wskazane błędy w tekście, które czasem się zdarzają. Lecz kiedy wchodzę w listę komentarzy i widzę wpis zaczynający się od inwektywy słownej nie dziwcie się, że nie mam ochoty się do niego odnosić.

Recenzja to gatunek dziennikarski zawsze budzący kontrowersje. Każda z nich jest zależna od punktu widzenia autora. Pojadę teraz wyświechtanym frazesem, ale on najlepiej ukazuje sedno sprawy – nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Potwierdzenia tego faktu nie muszę szukać daleko. Ja sam często dziwię się niektórym analizom, które czytam w gazetach. Pamiętam, jak byłem zakochany w ostatnim studyjnym albumie Panic! at the Disco, zatytułowanym Too Weird To Live, Too Rare To Die (2013). Dałbym mu w klasyfikacji od 1 do 5 zdecydowane 4.5, a w jedynym rockowym piśmie w Polsce otrzymał on 2 gwiazdki na 5. To oczywiste, że nie zgadzałem się z argumentacją autora, ale nie wypisywałem mu na maila, czy w komentarzach na Facebooku, że jest głupi i się nie zna. Wiecie dlaczego?

Bo z merytorycznymi recenzjami nie musimy się zgadzać, ale należy je – jak i ich autorów – szanować.

Czytaj również