Love Lust Faith + Dreams to już czwarty krążek zespołu 30 Seconds to Mars. Miał być ciekawy, miał być eksperymentalny, miał być inny. Właśnie – miał być. A jaki jest naprawdę? No cóż – to po prostu kolejne rozczarowanie. Dla mnie trzecie. Bo nie znam debiutanckiego albumu grupy.
Słuchając zarówno nowego, jak i któregoś z poprzednich krążków kapeli odnoszę wrażenie, że grają takiego rocka dla podstawówki. Nie chcę tu nikogo obrażać, ale wiem, jak jest. Sam, będąc w podstawówce, słuchałem lekkich, popowych, niezobowiązujących hitów. Teraz jednak szukam w muzyce czegoś innego. Przyjemność sprawia mi słuchanie alternatywnych zespołów. 30 Seconds to Mars niestety alternatywni już od dawna nie są. Ich eksperymenty z elektroniką zaczęły się już na potwornie nudnym This Is War. I zaszły jeszcze dalej na Love Lust Faith + Dreams. O ile jednak na poprzedniej płycie kapeli znalazło się jeszcze miejsce dla bardziej dynamicznych utworów (m.in. świetne Night of the Hunter), tak tu dźwięki gitar i perkusji zostały ograniczone do absolutnego minimum. Przy niektórych piosenkach można się nawet zastanawiać, czy w ogóle użyto w nich jakichkolwiek instrumentów.
Płyta została podzielona na cztery części (stąd czteroczłonowy tytuł). Nie jest to nic nowego (podobny patent został wykorzystany m.in. na pamiętnym albumie Marilyna Mansona pt. Antichrist Superstar). Przyznam jednak, że ciekawie by było, gdyby zespół przykładowo zaprezentował cztery różne pomysły. Niestety na Love Lust Faith + Dreams każda część brzmi tak samo. To może wróćmy do tych wspomnianych eksperymentów. Na 12 utworów ja widzę 2, które można by podciągnąć po termin eksperymentalne. Pod koniec Pyres of Varanasi pojawiają się ciekawe, nieco orientalne wokalizy w wykonaniu Jareda, które trochę urozmaicają ten kawałek. Z kolei utwór kończący płytę – Depuis le Debut – cudownie się zaczyna. Partią gitary akustycznej, która na myśl przywodzi amerykańskie country. Gdyby tak dociągnąć do końca, byłby to najlepszy utwór na płycie. Niestety szybko dochodzi wszechobecna elektronika, która niszczy ten piękny klimat. Na koniec słyszymy jeszcze fragment Jeziora łabędziego. Jako całość numer wypada niestety bardzo blado.
Wszystkich piosenek opisywać nie będę. Nie ma czego. Wydaje mi się, że ten album to takie Up in the Air zmieszane z Conquistador (piosenki, które znaliśmy już wcześniej) zaprezentowane 12 razy, z niewielkimi tylko „poprawkami”. Najbardziej podoba mi się otwierające album Birth. Pojawiają się w nim instrumenty smyczkowe, cały kawałek sprawia wrażenie nieco orkiestrowego. Podoba mi się. Niestety reszta jest od niego dużo gorsza. I tak: nienawidzę singlowego, chaotycznego Up in the Air, nie lubię nudnego Bright Lights, wspomniane już Pyres of Varanasi również nie przypadło mi do gustu. Na krążku zdecydowanie za dużo elektroniki, często zmieszanej ze stadionowymi chórkami i gdzieś tam wciśniętej (chyba przypadkiem) gitary akustycznej. Całość jest nudna, nijaka i bez polotu. Przyjemnie słucha się jedynie Birth i w ostateczności ładnego Convergence.
Teksty opowiadają (a jakże!) o miłości, pożądaniu, miłości, uczuciu, miłości. A, i zapomniałbym – o miłości. Nic nowego, ale w sumie do tej nijakiej papki sam nic lepszego bym nie wymyślił. Tak więc w Conquistador padają słowa:
This is a fight for our love lust hate desire We are the children of the great empire We will we will we will rise again (PL: To jest walka o naszą miłość Pożądanie, nienawiść, pragnienie Jesteśmy dziećmi z wielkiego imperium Będziemy, będziemy, będziemy powstawać od nowa)
A w Northern Lights Jared śpiewa:
We swam among the northern lights And hid beyond the edge of night And waited for the dawn to come And sang a song to save us all (PL: Pływaliśmy pośród zorzy polarnej Ukrywaliśmy się za krawędzią nocy Czekaliśmy na świt Śpiewaliśmy, żeby ocalić nas wszystkich)
Koła się nie wymyśli. Wszystko to już gdzieś było. Wobec jednak tej przytłaczającej elektroniki tekst zwyczajnie gdzieś umyka.
Nowy album 30 Seconds to Mars to póki co największe muzyczne rozczarowanie 2013 roku. Mogłem się przecież tego spodziewać – poprzednie płyty mi się nie podobają (choć teraz stwierdzam, że A Beautiful Lie jest całkiem znośna), singiel Up in the Air zwiastował kompletną porażkę. Ale ja nadal łudziłem się, że zespół nagra dobry krążek. No cóż – ponieśli klęskę. Nawiązując do tytułu płyty, nie czuję do tej muzyki miłości, nie pożądam kolejnych utworów, brak mi też wiary w ich muzykę. Mogę jedynie marzyć o następnej, dobrej płycie. Ale skoro mam się znów rozczarować, to po co?



