Sampha Sisay długo kazał czekać na pełnoprawny debiut. Pierwszą EPkę, Sundanza, wypuścił w 2010 roku. Zamiast iść za ciosem i zaatakować od razu całym albumem, przez lata współpracował i szlifował swe umiejętności u boku największych nazwisk branży muzycznej – SBTRKT, Jessie Ware, Katy B, Drake’em, Kanye Westem czy Solange… Obecnie skromny wokalista z Londynu jest jednym z najbardziej rozchwytywanych artystów w branży. Czy Process to debiut uzasadniający ten status?

Bez zbędnego przeciągania – w mojej ocenie tak. W dużej mierze na tę opinię wpływa sam Sampha – jego ciepły, pełen emocji wokal, od którego nie sposób się oderwać (ostatnią EPkę Samphy, Dual przewijałem raz za razem, żeby tylko posłuchać jak śpiewa on w Beneath the Tree… Cudo) – jak i opowieści, które snuje. Nie liczcie na roztańczoną, pulsującą, seksualną bonanzę dźwięków i braggadoccio o podbijaniu parkietów – Process to album bardzo osobisty, pełen gorzkich refleksji i bolesnych przemyśleń. Sampha wywleka na wierzch i staje oko w oko ze swymi paranoicznymi lękami (Blood on Me), wspomina swoją zmarłą w 2015 roku matkę (Kora Sings), egzaminuje swoje związki… Przejmująco i znakomicie odmalowuje stan umysłu człowieka niepewnego jutra, zmagającego się z bólem i samotnością…

Płótno dla Samphy stanowią solidne podkłady przygotowane przez niego samego oraz nadwornego producenta XL Recordings, Rodaidha McDonalda. Pełno tu szkatułkowych, gęstych, łączących nowoczesne oblicze elektroniki z pełnym emocji soulem, misternie utkanych z intrygujących elementów beatów. Już w otwierającym album Plastic 100°C rozkoszne dźwięki kory (21-strunowego rodzaju harfy rodem z Afryki) współgrają z delikatnymi elektronicznymi falami i klawiszami… Kojąca, końcowa minuta utworu to bezapelacyjnie najlepszy moment całego albumu.

Pieczołowitość akompaniamentu zachwyca, jednak skłamałbym, gdybym napisał, że urzekł mnie on bez reszty. Kładę to poniekąd na karb swojej, takiej sobie znajomości nowoczesnego R&B i katalogu Young Turks (FKA twigs, The xx, Jamie xx), jednak za dużo na Procesie jak na moje ucho „przeszkadzajek” i elementów niepasujących do całości. Dla przykładu, świetne, paranoiczne Blood on Me psuje zupełnie dziwacznie dobrana perkusja (podobnież w Timmy’s Prayer… Kanye, czy to Twoja sprawka?), puszczone od tyłu (?) sample w pierwszej minucie Reverse Faults psują atmosferę, nie do końca również sample z The Coldest Days of My Life Timmy’ego Thomasa odnajduje się w Timmy’s Prayer… Najgorszym galimatiasem jest Kora Sings – rozdzierający kawałek o pożegnaniu matki „ubrano” w przedziwny, taneczny (zdecydowanie najbardziej skoczny i… optymistyczny – cóż za dysonans) beat z multum przeróżnych elektronicznych efektów oraz… cóż, korą.

Czasem mniej efektów i dźwięków daje efekt znacznie lepszy – dlatego dla mnie najlepszym momentem albumu jest następujące zaraz po Kora Sings intymne, oparte tylko na pianinie – acz przez to uderzające tym mocnej – (No One Knows Me) Like the Piano.

Niemniej jednak… opłaciło się czekać długie 7 lat. Process to bardzo dobry, dojmująco szczery, brzmieniowo starannie skonstruowany album. I choć jak wspomniałem wyżej, taka mieszanka alternatywnego R&B i soulu nie jest czymś, co kocham najbardziej i co „rozumiem” w pełni, pewne składniki tej muzycznej układanki nie pasują do siebie – doceniam kunszt, z jakim Sampha wyszlifował poszczególne elementy swego debiutu – a nade wszystko warstwę tekstową. Szanuję fakt, jak trudny i osobisty jest to album, i że jest to wyraz prawdziwych, szczerych emocji artysty, nie skrojony pod masową konsumpcję zbiór pustych bangerów. Ostrożnie nadaję Process notkę „Pozycja obowiązkowa” – a ja jestem niezmiernie ciekaw, jak utwory z tego albumu zabrzmią na żywo. Przekonamy się już niedługo, bo 19 marca w warszawskiej Proksimie…

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena końcowa
7

ŚREDNIA OCENA WYBRANYCH REDAKTORÓW

Maciej Wojszkun
7/10
Zuzanna Janicka
8/10
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułThe Weeknd prezentuje klip do singla z Daft Punk
Następny artykułUkaże się wznowienie płyty The Joshua Tree U2