Bonobo - Migration
  • Data premiery:
    13 01 2017
  • Wytwórnia:
    Ninja Tune, Universal Music Polska
  • Gatunek:
    elektronika, downtempo, ambient, trip-hop
  • Single:
    Kerala, Break Apart
Najlepsze utwory:
Grains, Babro Koyo Ganda, Figures
Najsłabsze utwory:
Surface, No Reason

Wiele się pisze i mówi przy okazji każdej premiery krążków, które otrzymujemy od Bonobo – uznawany jest on za mistrza gatunku, a przez niektórych nawet za niedoścignionego geniusza inteligentnej muzyki elektronicznej. Miesiąc temu na półki sklepowe trafił najnowszy album tego artysty i co? I chyba nie będę w stanie zgodzić się z falą zachwytów, które towarzyszą temu wydarzeniu.

Minęły cztery lata od ostatniego krążka Simona Greena (to prawdziwe imię i nazwisko Bonobo) zatytułowanego The North Borders, ale dla mnie ważniejszą datą jest ta związana z płytą Black Sands – od niej minęło już siedem lat. Dlaczego ta data jest dla mnie ważniejsza? Dlatego, że krążek związany właśnie z tą datą uznaje za szczytowe osiągnięcie muzyka – płyta ta była niezwykle świeża, nowatorska, a może i warto zaryzykować stwierdzenie, że była ona wręcz wizjonerska. Co pozostało nam po tych siedmiu latach? Na pewno nadal nie brak w tej muzyce inteligencji, ale czy jest w niej nadal tak charakterystyczna świeżość i skrupulatnie budowany charakter kompozycji?

Ogromnym plusem, który towarzyszył krążkowi Black Sands była spójność i kompozycyjna konsekwencja. Na Migration niestety tego zabrakło i kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Bo przecież jaki sens jest w konstruowaniu klimatu krążka przez pięć utworów, by po tak długim czasie rujnować wszystko jedną piosenką? Mowa tutaj oczywiście o utworze Surface. Jest to tak nietrafiony moment, który jest całkowicie oderwany od całości płyty i gdyby spełniał swoją funkcję, czyli byłby popową piosenką wpadającą w ucho, wtedy byłbym w stanie zrozumieć jego miejsce na krążku. Jednakże jest zupełnie inaczej – piosenka ta siłuje się sama ze sobą, bo ani nie wpisuje się w charakterystyczny styl artysty, ani jest popowym hitem. Kolejnym rozbijającym utworem jest No Reason – to już trochę lepsza kompozycja, bo otrzymała lepszą melodię, ale nadal nie do końca wpisuje się w Migration i wytrąca słuchacza ze świeżo odbudowanej równowagi.

Oczywiście nie jest tak, że album ten nie ma dobrych momentów – są na nim nawet momenty rewelacyjne. Do nich zaliczyłbym trzy utwory: Grains, Babro Koyo Ganda oraz zamykający Figures. Ten pierwszy zawiera piękne wokalizy, których nie jest w stanie popsuć nawet mniej błyskotliwy i nieco wyeksploatowany już moment podkręcenia emocji. Drugi z wymienionych utworów to z pewnością najlepszy moment tego krążka, a jednocześnie jest on znakomitym potwierdzeniem talentu w dobieraniu gości, który posiada Green. Gigantyczną robotę robi tu marokański zespół Innov Gnawa, ale i Bonobo stanął na wysokości zadania – to kompozycja, która wydaje się być mostem pomiędzy dwiema tradycjami, a ten most zbudowany jest muzyką klubową najwyższej próby, która w sposób perfekcyjny współgra z muzyką północnej Afryki. Ostatni z trzech wymienionych utworów to kolejny przykład idealnie komponowanych wokali – tak jak w przypadku Grains musiały one w pewnym momencie wybraniać całość, tak tutaj do samego końca dopełniają ją i wypełniają piękną głębią.

A co z resztą utworów na Migration? Mam wrażenie, że Bonobo trochę się pogubił w swojej formie, i tak bardzo się zapętlił, że powoli wszystko zmierza do totalnego usystematyzowania. Jego kolejne utwory stają się tak bardzo przewidywalne i pozbawione polotu, że aż powoli dochodzą do momentu, w którym stają się zwyczajnie nudne i zlewające się w jedną całość. Bo co z tego, że Migration ma świetnie poprowadzoną perkusję, że Break Apart dobrze brzmi z leniwym i sennym wokalem, Ontario pachnie Bliskim Wchodem, a Outlier dosyć sprawnie buduje napięcie? Co z tego skoro brak w tym wszystkim tak ważnej i tak ogromnej siły rażenia, którą mieliśmy na Black Sands. Być może ta siła się już wypaliła, być może wystarczyło jej tylko na jeden album, a teraz czas wykorzystywać sprawdzone metody, mimo że nie są one tak skuteczne. Jednak mimo wszystko mam nadzieję, że jest ona po prostu w chwilowym zawieszeniu i powróci już niebawem.

To nie jest najgorsza płyta, ale nie jest również najlepsza, a właśnie takich należy się spodziewać po Bonobo. Tymczasem dostaliśmy od niego płytę tak niezwykle nierówną muzycznie, że nie sposób poskładać wszystkich elementów w jeden obraz. Pozostaje mi chyba tylko śledzić jego dokonania, liczyć na podwyższenie formy, ale cały czas mieć w zanadrzu wielokrotnie przywoływaną tu płytę – bo to właśnie ona ukształtowała obraz Bonobo w mojej głowie i to ona jest bardzo istotną częścią mojego muzycznego życia.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułThe Dillinger Escape Plan odwołują europejską trasę
Następny artykułNiedługo usłyszymy dwie nowe płyty Prince’a