Okoliczności nie były sprzyjające. Choroba członków zespołu, odwołany występ supportu – mimo to drugi polski koncert zespołu Deaf Havana, tym razem w stolicy, odbył się i wypadł całkiem nieźle.
Deaf Havana, grający alternatywnego rocka zespół z angielskiego Norfolk, istnieje już od 2005 roku, a swoją popularność zdobywa powoli, ale stabilnie. Do Polski po raz pierwszy udało im się jednak zawitać dopiero w listopadzie zeszłego roku, kiedy wystąpili w poznańskiej Hali MTP jako support (sporo młodszej zresztą, ale ukochanej przez polską publiczność) grupy Nothing But Thieves. Powrót zespołu na samodzielny koncert był tylko kwestią czasu.
Zaplanowany na 1 marca koncert przez kilka dni stał pod znakiem zapytania. Członkowie zespołu na swoich social media nie ukrywali, że dopadła ich choroba i nie czują się najlepiej. Na kilka godzin przed rozpoczęciem wydarzenia zespół Airways, który miał wystąpić w roli supportu, odwołał swój występ właśnie z powodu choroby wokalisty. Kiedy wyjście na scenę Deaf Havana się opóźniło, pojawił się niepokój, czy zgromadzona w warszawskim Pogłosie publiczność usłyszy tego wieczoru jakąkolwiek muzykę na żywo.
Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Poślizg był niewielki, a Deaf Havana rozpoczęli swojego seta od przebojowego Fever z albumu All These Countless Nights, aby następnie wykonać starszy utwór, Mildred. Publiczność dobrze przyjęła takie żywiołowe otwarcie i powoli, ale skutecznie zaczęła się coraz bardziej angażować w koncert. Pierwsze zagrane utwory ujawniły również największą słabość malutkiego klubu Pogłos – jakość dźwięku. W głośniejszych momentach, kiedy wokalista James Veck-Gilodi wchodził w wyższe rejestry w towarzystwie mocniejszych gitar, wszystko zlewało się momentami w jedną ścianę hałasu. Cóż, uroki małych klubów.
Deaf Havana to jeden z tych zespołów, które na albumach studyjnych potrafią brzmieć popowo, lekko i elektronicznie, ale na żywo zmieniają się w rockowe bestie. Udowodnili to wykonując mocno gitarowe piosenki Trigger czy Leeches. Z kolei podczas utworów Worship oraz wzruszającego Happiness (James zamienił gitarę elektryczną na akustyka) w górę uniosło się najwięcej telefonów filmujących występ.
Na setliście pojawiło się kilka świeżych utworów: poza świetnymi Hell oraz Holy, Deaf Havana wykonali swoją najnowszą piosenkę, wydaną w grudniu Cr33pin, która zawiera liczne elementy elektroniki znakomicie wplecione w spokojną, pop-rockową całość.
Deaf Havana nie zapomnieli o kontakcie z publicznością. Cały ten ciężar wzięli na siebie bracia Veck-Gilodi: wokalista James oraz gitarzysta Matt (ten ostatni przez cały koncert był prawdziwym, uśmiechniętym wulkanem energii). Panowie zachwycali się polskim piwem – nie tyle jego smakiem, ale niską ceną, a także opowiadali o zwiedzaniu Warszawy i swojej radości z tego, że mogą zarabiać na życie podróżując po świecie i grając muzykę. Nie ukrywali również, że ostatniej nocy przespali zaledwie dwadzieścia minut, warszawski koncert był więc dla nich prawdziwym wyzwaniem.
W końcówce setlisty znalazły się aż trzy świetne utwory – Boston Square otwierające wydany w 2013 roku albumu Old Souls, stadionowe, optymistyczne Sing, a na bis taneczne, żywiołowe Sinner, jeden z najjaśniejszych punktów albumu Rituals.
Koncerty idealne zdarzają się rzadko. Deaf Havana i ich fani mieli trochę pecha już na starcie – odwołany występ Airways, kiepskie samopoczucie członków zespołu. Pomimo niedociągnięć związanych z jakością dźwięku, profesjonalizm oraz ciepła, otwarta atmosfera stworzona przez zespół sprawiła, że wieczór był bardzo udany, a fani Deaf Havana opuszczali klub zadowoleni.


