MENU

    Zwariowany Kalush w Fabryce Norblina. Relacja Marty Umiejewskiej

    Czego tam nie było!

    Wymyślne stroje, elementy ludowe, rap, regionalne instrumenty, beatbox, breakdance, taniec bez koszulki – mam wrażenie, że mogłabym wymieniać w nieskończoność.

    Zwycięzca tegorocznej Eurowizji, zespół Kalush, dał w Warszawie show, jakiego dawno nie widziałam. Mimo że większość zaproszonych na tę okazję dziennikarzy nie reagowała nawet w połowie tak żywo, jak muzycy na scenie, ewidentnie udało im się rozruszać tłum, a pod koniec byli wręcz błagani o bis.

    Koncert transmitowany przez Onet odbył się przy okazji przyjazdu grupy do Polski. Zespół odwiedził w poniedziałek punkt pomocy dla Ukrainy w Lublinie. Muzycy, odnosząc się do zwycięskiego numeru „Stefania„, podkreślili, że po wybuchu wojny w Ukrainie utwór zmienił sens. Jak sami mówią: „Bardzo dużo ludzi zaczęło traktować tę piosenkę jak pieśń o matce-Ukrainie. Stała się hymnem wojny, ale my wolimy, żeby stała się ona hymnem zwycięstwa„.

    Poza krótkim hasłem „Slava Ukraini” na koniec występu, tego wieczoru nie dało się odczuć przygnębienia, smutku czy strachu. Panowała ogólna radość ze wspólnie granej muzyki, a momentami wręcz ekstatyczne szaleństwo przy bardzo żywiołowych utworach o bogatym brzmieniu. Podczas gdy Polacy dziękowali muzykom za świetną rozrywkę, Kalush nie zapomniał podziękować nam za niezwykłą gościnę:

    Chcielibyśmy podziękować wszystkim Polakom za ogromne wsparcie, które okazaliście wszystkim Ukraińcom. Daliście nam dom, którego potrzebowaliśmy. Nigdy wam tego nie zapomnimy i zawsze będziemy wdzięczni.

    powiedział Ołeh Psiuk w wywiadzie z Onetem

    Ostatnio opublikowane