
Bogaty muzycznie weekend rozpoczęliśmy od koncertu Mery Spolsky w warszawskim klubie Smolna. Działo się wiele!
Mery to jedna z tych artystek, które wspieram od praktycznie samego początku. Pamiętam jak dziś, gdy na showcasie Kayaxu w ramach Spring Break Festiwal, zobaczyłem ją po raz pierwszy. Uwierzyłem w jej talent, dźwięki i całą prezentację sceniczną. Wspierałem ją przy wydawaniu płyty, przy jej promocji i w kilku koncertach. I choć od tamtych wydarzeń minęło już sporo czasu, szał na Mery wciąż jest i co widać po koncertach zupełnie zasłużenie.
Wokalistka tym razem wystąpiła w warszawskim klubie Smolna i dla mnie był to już chyba piąty koncert w ramach trasy promującej jej debiutancki album. Za każdym razem odkrywam coś nowego, a takie niuanse są naprawdę ważne. Z drugiej strony jednak Mery nie stoi w miejscu i cały czas muzycznie się rozwija. Na scenie zaprezentowała materiał z debiutanckiego krążka i piosenek, które ostatnio opublikowała. Wokalistka jednak tym razem przygotowała dla swoich kilka niespodzianek. Pierwszą z nich było to, że na scenie nie była sama. Na gitarach (a także wokalnie) wspierał ją Grzesiek Stańczyk znany między innymi z Mama Selita, który od teraz ma wspierać Mery w jej występach. Muszę przyznać, że jest to ciekawe połączenie i występ dzięki temu nabrał nowego kolorytu. Z Grześkiem Spolsky udało się także wykonać nową wersję Miło było Pana poznać, którą poznaliśmy przy okazji ich wspólnego występu na Sofarze. Coś nowego jeśli chodzi o jej koncerty. Trzecia i myślę dla wielu niespodziewana rzecz to koncertowa premiera nowego singla, nagranego wspólnie z raperem Igorilla. Piosenka zatytułowana Ups będzie miała swoją premierę w sieci w ten piątek i jestem pewny, że wielu z Was zaskoczy.
To co jednak dla mnie najważniejsze w koncertach Mery to niesamowita energia. Od pierwszej piosenki wszyscy głośno śpiewają jej piosenki, chwilami głośniej niż ona sama. Wszyscy się również bawią, skaczą i tańczą. Mery natomiast nie pozostaje nam dłużna – pomiędzy piosenkami chętnie rozmawia i nawiązuje kontakt z publicznością. I nie jest to sztuczne. Po koncercie z każdym chętnie robi sobie zdjęcia, podpisuje płyty i rozmawia. Dzięki temu jest autentyczna i taka bliska każdemu z tu obecnych. Tak trzymaj Mery, a my na pewno nie zrobimy Cię w konia!

