Zespół Hey w lubelskim Klubie Graffiti, relacja Pawła Markiewicza

Zdarte gardło” tak najlepiej dwoma słowami opisać to, co działo się na koncercie legendarnego zespołu polskiej alternatywnej sceny muzycznej – Hey. Muzycy na czele z Katarzyną Nosowską dali niezapomniany koncert w lubelskim klubie Graffiti. Nie należy zapominać o świetnej, debiutującej formacji Agyness B. Marry, która była supportem gwiazdy wieczoru.

Cały koncert zaczął się z lekkim poślizgiem, co spowodowane było rozciągającymi się w czasie próbami supportu. Nie można ich za to winić, ponieważ zrehabilitowali się oni świetnym występem. Wytwórnia Kayax wiedziała, kogo bierze pod swoje skrzydła i komu dała kredyt zaufania. Przed dzisiejszym koncertem nie miałem pojęcia kim jest Agyness B. Marry, ale teraz wiem, że artystka wraz z zespołem tworzy oni muzykę na wysokim poziomie i chętnie będę śledził ich poczynania muzyczne.

Agnieszka Bukowska – wokalistka zespołu ma niezwykle interesującą barwę głosu. Potrafi zaśpiewać świetne doły i czarujące góry, do tego wszystkiego gra na gitarze i idealnie zsynchronizowana jest z pozostałymi członkami zespołu (Piotrem Binkulem i Mateuszem Remiszewskim). O ile dobrze policzyłem, to support zagrał 8 piosenek (w tym jedną premierową Snow, której nie znajdziemy na debiutanckim albumie Agyness B. Marry) jednak tą ilością utworów udało się rozgrzać publiczność przed występem Hey.

Sobotnie wydarzenie było pierwszym koncertem Hey na którym byłem. Nie miałem pojęcia czego mogę się spodziewać. Kiedy na scenę wkroczyła Katarzyna Nosowska wraz z zespołem rozbrzmiały gromkie brawa i okrzyki. Ku mojemu zdziwieniu wokalistka wykazała się ogromną skromnością i zawstydzeniem, co było sprzeczne z moim punktem widzenia na temat legendarnych zespołów i artystów.

Półtorej godziny dobrego rocka rozpoczęło się utworem To Tu. Zarówno wokal, jak i muzyka znacznie lepiej brzmiała niż na studyjnych nagraniach. Wszyscy szybko dołączyli do śpiewania, niektórzy pogowali, a jeszcze inni skromnie tupali nogą. Następną kompozycją jaką zagrał Hey był numer Cisza, Ja i Czas, gdzie oprócz świetnego głosu Nosowskiej usłyszeliśmy równie dobre solówki muzyków. Przy trzecim utworze rock na moment ustąpił miejsca muzyce elektronicznej.

Oczywiście po zakończeniu każdej piosenki zespół zbierał ogromne brawa, a sama wokalistka za każdym razem mówiła uroczym głosem „Nooo, dziękujemy bardzo!” co tylko wzmagało oklaski i dzięki temu pojawiał się uśmiech na niejednej twarzy, bo to naprawdę było przeurocze. W przerwach miały miejsce również głębokie anegdoty, czy też żarty (np. o żółtym śniegu, albo, że zaraz zespół zacznie grać repertuar Kombi)

W całej setliście zapisał się tylko, albo i aż jeden cover. Utworem, o który pokusił się Hey został Dancing with tears in my eyes, który oryginalnie należy do formacji Ultravox z 1984 roku. Tej interpretacji piosenki na pewno nigdy nie zapomnę i chętnie będę do niej wracać. Swoim wokalem Nosowska działa cuda, a muzycy dotrzymują jej tempa i idealnie ze sobą współgrają. Lata praktyki i miano legendarnego zespołu o czymś świadczy.

Przy trzech ostatnich utworach: [sic!], Teksański i Moja i Twoja nadzieja. Nie wiedziałem czy bardziej słychać tłum, czy samą wokalistkę. Publiczność śpiewała naprawdę bardzo głośno, co wprowadzało swoistego rodzaju atmosferę. Co się działo podczas ostatniej piosenki możecie zobaczyć poniżej.

https://www.youtube.com/watch?v=76bYXsWPNGA&feature=youtu.be

Publiczność nie pozwoliła szybko pożegnać się z zespołem i po nawoływaniu, i oklaskach szybko powrócili na scenę i zaśpiewali dla nas jeszcze cztery piosenki. Pierwszy utwór Ja Sowa w akompaniamencie gitary, ostatni w języku angielskim – Shizophrenic Family.

Ten koncert na długo pozostanie w mojej pamięci, atmosfera jaka panowała na wydarzeniu była wspaniała. Zespół Hey pomimo, że już tworzy od ponad 20 lat, chętnie do dziś przyciąga setki fanów na koncerty. Za kolejne kilka lat band na pewno będzie sprowadzał jeszcze większe rzesze fanów na eventy. Warto wydać 60 zł na bilet i zostać uczestnikiem tego typu koncertu.

Czytaj również