Punktualnie o godz. 20:00 supportująca Enter Shikari grupa Hacktivist rozpoczęła swój występ. Ich muzyka to konstelacja post hardcore’u w stylu Bring Me The Horizon oraz nu metalu, przywodzącego na myśl Limp Bizkit i Linkin Park. Trzon kapeli stanowią dwaj wokaliści Ben Marvin i Jermaine J. Hurley, którzy w trakcie nieco ponad półgodzinnego show bardzo zgrabnie potrafili przechodzić od części rapowanych do części śpiewanych odgrywanych kompozycji. Ben, wyglądający trochę jak Phil Anselmo z Pantery w latach 90., obchodził tego dnia swoje urodziny. Polska widownia to jedna z najlepszych na świecie, dlatego solenizant otrzymał chóralnie odśpiewane sto lat od niemalże wszystkich osób znajdujących się w klubie. Fakt ten naprawdę zaskoczył i poruszył samego zainteresowanego.
Po supporcie na najwyższym poziomie ekipa techniczna Enter Shikari zaczęła przygotowywać instrumenty dla zespołu. Po kilkunastu minutach, przy grze świateł oraz odpalonym z taśmy intro w postaci The Appeal & the Mindsweep, Brytyjczycy pojawili się przed wrocławską publicznością. Otrzymali ogromy aplauz i zaczęli odgrywać Destabilise. Jako, że stałem odrobinę po lewej stronie sali, miałem trochę ograniczoną widoczność na scenę. W pewnej chwili zobaczyłem, że wokalista Rou Reynolds gwałtownie odskoczył od umiejscowionego na stojaku mikrofonu. Odruchowo pomyślałem, że (serio!) kopnął go prąd. Po chwili jednak przypomniałem sobie słowa, które przeczytałem jakiś czas temu w jednym z prasowych artykułów – Enter Shikari to jeden z najlepszych koncertowych zespołów świata, a jego członkowie dają z siebie na każdym z koncertów 100 procent. Wrocławski występ był potwierdzeniem tych słów.
Rou po prostu rozpoczął swój dziki taniec, który odprawia na każdym show swojej grupy. Po chwili podbiegł na lewą stronę sceny i próbował zawisnąć na wiszącym tam głośniku. Kilkanaście sekund później wił się po estradzie w rytm odgrywanej piosenki. Zespół dosyć szybko, bo już na samym początku koncertu, odegrał swój wielki hit Sorry, You’re Not A Winner. Rou odśpiewał ten kawałek stojąc na stołach znajdujących się jakieś pół metra obok mnie. Obok niego pojawiła się oczywiście grupa wiernych fanów zespołu. Razem wykonali kompozycję, a na twarzy lidera Shikari można było zauważyć autentyczną radość. To był naprawdę wspaniały widok. Zespół nie był otoczony grupą ochroniarzy, dzięki czemu kontakt z publicznością był, dosłownie, namacalny. Po zakończeniu piosenki Reynolds na chwilę zniknął z pola widzenia (jest dosyć niskim facetem). Gdy basista spytał, gdzie jest, publika uniosła wokalistę na rękach i na fali zaniosła go na scenę, gdzie został „odebrany” przez Shakiri Crew.
Kapela swoją playlistę oparła głównie na kawałkach z promowanego przez nich albumu The Mindsweap. Wypełniły dokładnie połowę całej setlisty (8 kompozycji). W pierwszej części występu, poza wspomnianymi wcześniej utworami, zespół uraczył wrocławską publiczność jeszcze m.in. The Last Garrison, Radiate czy Juggernauts.
W drugiej połowie, urozmaiconej m.in. grą Rou na trąbce, pogaduszkami grupy z widownią; circle pit, w środku którego w trakcie odgrywania jednego z utworów stanął basista Chris Batten, czy rzuceniem przez niego samego kubłem wypełnionym po brzegi lodem, aby „ochłodzić” rozgrzaną do czerwoności publikę, Enter Shikari zagrało takie kawałki jak: Slipshod, megaszybkie The Paddington Frisk oraz Hectic. Po Anaesthetist zeszli ze sceny, na którą powrócili jakąś minutę później wraz z pianinem (wisiała na nim flaga dostarczona przez polski fandom kapeli z napisem Enter Shikari Polska), do którego zasiadł Rou. Wykonali przepiękną wersję Dear Future Historians…, będącą chwilą wytchnienia przed wykonaniem dwóch ostatnich piosenek – Solidarity oraz Zzzonked. Poziom energii i zwierzęcej dzikości osiągnął wtedy level hard. Po obydwu stronach barykady. Publika oddała się w wir pogo, a Shikari wskakiwali na wszystko, co znajdowało się na scenie. W trakcie grania Zzzonked gitarzysta Liam „Rory” Clewlow uklęknął na trzymającej go na rękach widowni i odegrał niemal połowę kompozycji w takiej właśnie pozycji!!! Rou wił się i tarzał po estradzie, a Chris odgarniał swoje kruczoczarne i mokre od potu włosy z oczu. Na koniec Reynolds wziął jeden ze wzmacniaczy i zaczął turlać nim po scenie, a „Rory” zawisł pod sufitem na stelażu podtrzymującym oświetlenie, po czym próbował nogami uderzać w talerze perkusyjne Roba Rolfe’a, co szalenie go wkurzyło. Miał oczy, jakby chciał zabić swojego kompana.
Gdy muzycy opuścili scenę postanowiłem udać się do stoiska z gadżetami Enter Shikari. Tam spotkałem muzyków z Hacktivist, którzy pijąc piwo Harnaś rozmawiali z fanami, rozdawali autografy oraz pozowali do pamiątkowych zdjęć. Chyba nie przesadzę, jeżeli napiszę, że był to najlepszy klubowy koncert, na jakim byłem w całym swoim życiu. Enter Shikari – wracajcie do Polski jak najszybciej!


