Dawno, dawno temu w Krakowie, w pewien niedzielny poranek wędrowałem przez Kazimierz z 40 lat starszym i bardzo doświadczonym dziennikarzem Tygodnika Powszechnego. Powiedziałem mu: – Takie książki jak Masłowska to ja też bym mógł pisać. On: – To napisz, załatwię, że to będzie wydane. Minęło dziewięć lat. Dalej jestem w połowie drugiego zdania.
Zawsze mój stosunek do twórczości Doroty Masłowskiej był taki jak Janowicza do dziennikarzy. Może z zazdrości, może dlatego, że jako gówniara była chwalona przez Pilcha, a pisała tak, jak byłem wtedy przekonany, każdy by potrafił. Potem moja zawiść słabła, aż dotarła do poziomu obojętności. Poziom obojętności został przekroczony w stronę „nie jest źle” gdy usłyszałem Mister D. Społeczeństwo jest niemiłe (tytuł płyty) to fakt, ale jeszcze widzę dzięki tej płycie, że społeczeństwo jest głupie. Brak dystansu powinien się pojawić w miejsce wyświechtanego „Bóg, honor, ojczyzna”. Jest coś takiego jak kreacja artystyczna. Jest też coś takiego jak podmiot liryczny. I ta Dorota Masłowska genialnie widzi oczami przeciętnego Polaka, który jedzie na chrzciny przez MarcPol bo tam są śpioszki i łańcuszki też. Nie zachwycam się tą płytą, absolutnie, bawiła mnie tylko przez kilka pierwszych odsłuchów. Czytając jednak komentarze na Youtubie ręce mi opadają do kostek. Wszyscy przelewają klawiaturą jad, nie sprawdzając kto się w ogóle kryje pod pseudonimem Mister D. Mało tego, Hajs śmigał w Internecie od dawna. Kiedy odkryło społeczeństwo kawałek Chleb? Wtedy gdy Rubik się pojawiła! Fale hejtu się leją jak podczas największych przypływów, a chwilę później komentatorzy wrzucą sweet focie na instagram tagując #polishbeauty, a Panowie na białe skarpetki wrzucą klapki Kubota i powiedzą: – Mister D. Co za idiotyzm, kto tego słucha? Tu wypada zacytować Gogola: Z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!
To tyle. Masłowska strasznie zapunktowała u mnie, a zwłaszcza pokochałem utwór Chrzciny, gdzie gościnnie się pojawiający Żulczyk (tak, ten pisarz) machnął taką zwrotkę, że połowa sceny hip hopowej powinna mieć rumieniec.
Dygresja teraz. Nie widzicie żadnych konotacji między Masłowską, a Yo-Landi Vi$$er z Die Antwoord? Hajs to przecież wyraźne nawiązanie do Ritch Bitch. Styl wyrzucania z siebie słów? Też jakoś podobny. Generalnie też zespół z RPA zawojował świat swoim mocno pokręconym wizerunkiem. Die Antwoord po angielsku i z dziwnym akcentem to może tak duża część polskiego jadu się nie polała. Aaaa i nie są z Polski, więc przecież lepsi, czyż nie? Jak Mister D. może sobie jaja robić w muzyce? I jak może się jawnie z naszych polskich mankamentów śmiać?! Tyle w obronie Masłowskiej. Fanem pewnie nigdy nie będę, ale płyta zmobilizowała mnie nawet do socjologicznej refleksji, co poczytuję zdecydowanie na plus. Nie wymagam by się nią zachwycać, ani jej słuchać, ale nie traktujmy jej serio i niech nie będzie powodem do oburzenia, bo ja osobiście już wolę słuchać o Ryszardzie niż o złotym deszczu Beaty Kozidrak.
A w sumie wiecie co? Trzeba było zostać dresiarzem…

