Zamilska – Untune (2014), recenzja Joanny Gulewicz

Pod koniec maja nareszcie doczekaliśmy się premiery Untunedebiutanckiej płyty Zamilskiej. O artystce powoli robi się coraz głośniej, a mimo to wciąż wiadomo niewiele. I chyba właśnie o to chodzi.

Mamy oceniać muzykę a nie tego, kto za nią stoi i raczej skupiać się na czystym, nie podszytym zbędną paplaniną przekazie, niż na perypetiach życiowych twórcy, które być może są z nim powiązane, a być może wcale nie. Wystarczy wiedzieć, że za tą potężną dawką niepokojącej, trudnej do zaklasyfikowania i nieprzewidywalnej elektroniki stoi drobna i niepozorna dziewczyna.

Otwierający płytę kawałek Enemy jest niczym sekretne drzwi, prowadzące do świata sennych fantazji i bynajmniej nie tych, które mieliśmy przed oczyma, kiedy mama kończyła opowiadać nam urocze i obowiązkowo zawsze dobrze się kończące baśnie na dobranoc.

Pełno tu niepokojących ech i pogłosów, zapętleń, z których nie sposób się wyłamać, wciąż nasilającego się drżenia tła. Już ten pierwszy utwór wydaje się wyznaczać pole muzycznych inspiracji artystki, wśród których na plan pierwszy wybija się z całą pewnością dark ambient, by przypomnieć chociażby takie projekty jak Lustmord, czy Aphex Twin z klasycznym wręcz dla tego gatunku utworem Piano Tuners.

Singlowy Quarrel to hipnotyzująca swoją nieprzewidywalnością plątanina różnorakich konwencji muzycznych począwszy od noise a na minimalu skończywszy. Pomimo licznych zapętleń i ścierania się ze sobą pozornie kakofonicznych dźwięków, całość jest bardzo silnie zrytmizowana i trzymana w ryzach przez wciąż powtarzający się motyw wiodący. Ale by wymknąć się pełnej klasyfikacji jeszcze bardziej ten stechnicyzowany i bliższy clubbingowi niż dark ambientom rytm absolutnie nie rozładowuje pełnej napięcia i grozy atmosfery całości.

A! I jeszcze jedno!  Koniecznie zobaczcie teledysk! Psychotyczne, pocięte i chaotycznie ze sobą pozestawiane obrazy doskonale komponują się atmosferą utworu.

Dosyć podobna stylistka jest utrzymana w Revival. Tutaj także dzięki rozedrganym natężeniom głosu i widmowym echom, które trudno jednoznacznie określić jako „śpiew” oraz częstym zapętleniom, niby tych samych a jednak przybierających za każdym razem odmienny obrót wielodźwięków zostaje konsekwentnie utrzymana atmosfera grozy i napięcia. Army z kolei na pierwszy rzut oka wydaje się rozładowywać ciężką, noisową atmosferę i oscylować wokół plemiennych, poukładanych dźwięków ale to tylko pozory. Jest co prawda szczypta łagodzących napięcie rytmów etnicznych i nawet przez chwilę mogłoby się wydawać, że rytmiczny i jednostajny klimat z pogranicza techno i etno wypełni resztę utworu. Nic z tego! Wszelkie „podróże” muzyczne mają za zadanie jedynie uśpić naszą czujność, by w najmniej spodziewanym momencie jeszcze bardziej „porysować” całość noisem, który, choć ledwie słyszalny, jednak przez cały czas rozwija się w tle. Również kawałek Effort rozpoczyna się od na poły etnicznej melodii ale i tutaj błyskawicznie pojawiają się rozedrgane, niepokojąco mieniące się bzyczeniem dźwięki, o których z całą pewnością można powiedzieć znacznie więcej ale na pewno nie to, że są źródłem wytchnienia.

Etniczny klimat panuje również w drugim singlu Zamilskiej – Duel 35. Mniej tu zaskakujących „zwrotów akcji”, więcej stałego rytmu, współgrającego z dosyć jednostajną melodią i jeżeli miałabym obstawić, który kawałek będzie największym hitem, prawdopodobnie obstawiłabym właśnie ten, choć wydaje się że Untune ma do zaoferowania kilka znacznie ciekawszych kompozycji.

Teledysk za to jest prawdziwym majstersztykiem i podobnie jak w wideoklipie do poprzedniego singla z tego krążka, także i tutaj obrazy są pofragmentaryzowane, jakby „porysowane”, chaotyczne i niepokojące.

Ciekawą propozycją jest Flag. Niby jednostajne i kręcące się w kółko takty, z każdą kolejną minutą to „obrastają” w kolejne dźwięki, to znów je tracą by przyodziać się w jeszcze inne a mimo to całość jest popychana naprzód przez niezachwianie dominujący motyw główny. Zupełnym zaskoczeniem jest kawałek Hush, którego wysokie tony i raczej pogodna, promienna atmosfera stanowczo odbiega od wszystkich pozostałych kompilacji. Ale nawet pomimo tego wręcz sielankowego nastroju wytrawny słuchacz nie zazna wytchnienia i przyzwyczajony do ciągłych zmian napięcia pozostanie czujny w oczekiwaniu na kolejną porcję noisów. Nie zawiedzie się! Zamykający płytę utwór 36 jest jej punktem kulminacyjnym. Co prawda kompozycja wychodzi od jednej dosyć zwartej melodii, lecz z każdą kolejną chwilą coraz bardziej się rozpada. Dźwięki niby mimochodem wypadają z tonacji, tempo przestaje trzymać się ustalonego na początku rytmu, gdzieś tam w oddali pojawiają się krzyki, mamrotanie.. Po przesłuchaniu całego albumu można odnieść wrażenie, że w 36 jego treść ulega stopniowej degeneracji, zatracając się w najpierw w kakofonii, by w końcu po prostu zniknąć.

Dla tych, którym wciąż mało i którzy nie mają zamiaru pozwolić, by Zamilska zamilkła mam świetną nowiną. Artystka pojawi się między 21 a 24 sierpnia na katowickim Tauron Festiwal Nowa Muzyka. Bilety dalej w sprzedaży!

Zamilska - Untune

Czytaj również