Zaz kocha Polskę, a Polska kocha Zaz, i ta relacja najbardziej rzucała się w oczy na piątkowym koncercie francuskiej wokalistki na Torwarze. Sala była całkowicie wypełniona, co również zwróciło uwagę samej Isabelle Geffroy, czyli właśnie Zaz, która kilkukrotnie wspominała o tym na scenie.
Fenomen Zaz jest niezwykły, ponieważ choć mówi i śpiewa w języku, którego większość Polaków nie rozumie, to i tak na jej występy przychodzą tłumy, wtórują jej po swojemu przy refrenach i z uwagą słuchają, co ma do powiedzenia między piosenkami. Pomimo że jej kariera trwa już około 10 lat, Francuzka nadal nie nauczyła się mówić po angielsku, więc nawet proste słowa, typu „Dobry wieczór, Warszawo”, wymawiała po francusku. Być może to, że pozostaje wierną swojemu krajowi i językowi, jeszcze dodaje jej uroku. Przy okazji koncertu w Warszawie, Zaz nauczyła się kilku słów po polsku, ale sprawiały jej one dużo problemu, bo wybrała te najtrudniejsze do wypowiedzenia, np. „Tańczcie!”.
Koncert rozpoczął się bardzo dynamicznie – obyło się bez standardowego oczekiwania na artystę w ciemnościach. Już od pierwszej sekundy Zaz zarażała swoją energią i uśmiechem i oczarowywała tłum charakterystycznym, nieco zachrypniętym wokalem. Pojawiły się największe przeboje (Si jamais j’oublie, Je veux, Les passants, Qué Vendrá), ale również mniej znane piosenki – zarówno spokojne, typowo francuskie ballady, jak i mocne rockowe brzmienia. Przy okazji tych ostatnich niektórzy byli dosłownie „éblouis par la nuit à coups de lumières mortelles” czyli „oślepieni przez noc snopem zabójczego światła”, bo reflektory przez kilka minut mocno dawały po oczach.
Znalazł się też czas na porozmawianie o fundacji, którą wspiera Zaz o nazwie Zazimut. Koncert trwał ponad dwie godziny i szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy nie za długo. Na pewno ucieszyło to największych fanów wokalistki, natomiast ostatnie rzędy wychodziły już pół godziny przed zakończeniem, nie usłyszawszy chociażby fantastycznego wykonania „On ira” na bis.
A jakie są Wasze wrażenia z koncertu?


