
Rzadko się zdarza, aby ktoś szczerze zainteresował mnie swoją debiutancką piosenką, a tym bardziej jeśli mowa o piosence polskiej. Julii Czub, znanej również jako Yulia, się ta sztuka udała, dlatego gdy jej debiutancka epka pod tytułem Warsaw Mule ujrzała światło dzienne, po prostu musiałem jej wysłuchać. Wynikiem tego jest ta oto recenzja, która powie Wam co nieco o jej wyjątkowej interpretacji warszawskiego stylu bycia oraz życia.
Z pewnością najmocniejszą zaletą Warsaw Mule jest jego koncepcja. Jak możemy przeczytać na oficjalnym profilu Yulii na platformie Spotify, jej debiut jest nostalgiczną balladą o kryzysie tożsamości osoby mieszkającej na zmianę między dwoma, kompletnie odmiennymi od siebie miastami – Warszawą, a Londynem. Yulia natomiast pełni tu rolę narratorki, która zabiera słuchacza w podróż do tychże miejsc, choć jak sugeruje tytuł, więcej uświadczymy tego tytułowego warszawskiego błota, niż londyńskiego blichtru. Co warto jeszcze zaznaczyć to fakt, że każdą piosenkę obrazuje osobny teledysk, które powstały przy udziale warszawskich artystów oraz reżyserów, oczywiście we współpracy z samą Yulią. I w istocie obietnice te zostały w pełni spełnione, choć jak już tego dokonano, to nieco inna kwestia.
Warsaw Mule stanowi mieszankę trapu, popu oraz wszystkiego, co alternatywne, a zatem odklejone od radiowych trendów, choć wpadające właśnie w to, co popularne po drugiej strony muzycznej barykady. Wszystkie sześć kompozycji są ze sobą spójne, jak z samy konceptem tego albumu, choć nie było to aż tak trudne, gdy są do siebie bardzo zbliżone tempem oraz melodią. Mnie zabrakło w nich większej dawki energii, mimo, że efekt nikłej energii był raczej zamierzony, niż przypadkowy. Po części jest to sprawka samej warstwy instrumentalnej, jednak to wokal Yulii nieco przytłacza swoją jednostajnością oraz jednowymiarowością. Na podstawie tego usłyszałem, trzeba przyznać, że jej wokal nie należy do wybitnych, a zatem również i to co próbuje śpiewać, traci na jakości.
Mimo wszystko trzeba przyznać, że Yulia jest ciekawą artystką, stanowiąc połączenie rozmemłanej marzycielskości Lany Del Rey, artystycznego niepohamowania Grimes oraz buńczuczności Zolity. To nie jest kolejna piosenkareczka, która śpiewa mniej lub bardziej chwytliwe piosenki do radia, które w zasadzie nie mają w sobie żadnego charakteru. Yulia oraz jej Warsaw Mule są jakieś i póki co nie znam drugiej takiej dziewczyny wśród polskich artystów. Ambicje i pomysły są, teraz tylko żeby poszedł za tym lepszy wokal oraz większa różnorodność w dźwiękach.
Jeśli chodzi właśnie o jakość piosenek składających się na Warsaw Mule, to jest ona generalnie wysoka, choć mało zróżnicowana. Epkę otwiera kompozycja VHS Cassette – najbardziej mroczna propozycja, ale i też najbardziej klimatyczna. Po niej następuje Seasons, który już tak mnie nie porwał, bo po prostu jest za długi. Gdyby trwał o te trzydzieści sekund mniej, dostosowując się do pozostałych utworów, wyszłoby to wszystkim na lepsze. Trzecim utworem jest singiel Disco Misery, który rzeczywiście był najlepszym wyborem, jeśli chodzi o przedstawienie się Yulii polskim internetom. Kolejną kompozycją jest tytułowa Warsaw Mule – klimatyczna i rozleniwiona, ale z pewnością przypadająca do gustu. Formula 1 mógłby być zdecydowanie ciekawszy, co uczynił zamykający cały projekt Virgin Mary, który jest najbardziej dynamiczną piosenką na epce, a zarazem najciekawszą.
Takie to Warsaw Mule – projekt ciekawy, choć na pograniczu muzyki oraz sztuki wykorzystującej muzykę do opowiedzenia pewnej historii. Chciałbym, żeby Yulia nie poprzestała na tym jednym dziele, bo wydaje się pełną pomysłów młodą wokalistką, której ambicje są póki co większe od jej realnych umiejętności. Pierwszy krok został już wykonany, teraz tylko wykonać drugi i następny, aby nie utknąć w błocie po kolana.
- Data premiery: 19 05 2021
- Single: Disco Misery, VHS Cassette
