Poprzedni krążek Brytyjczyków z You Me At Six był bardzo przeciętny. Czy album numer siedem, SUCKAPUNCH, to magnum opus, które obiecał nam zespół?
Pierwszego dnia w studio nagraniowym, wokalista You Me At Six Josh Franceschi powiedział producentowi Danowi Austinowi, z którym zespół już od lat współpracuje, że SUCKAPUNCH może być dla nich ostatnim albumem. Trzech spośród pięciu członków grupy zakończyło niedawno wieloletnie związki; byli przepełnieni przekonaniem, że nic nie trwa wiecznie. Franceschi chciał, aby siódmy krążek zespołu mógł posłużyć jako ich łabędzi śpiew. Jeśli odchodzić, to z hukiem.

Teraz wiemy już, że You Me At Six nigdzie się nie wybierają. Ciężkie czasy za nimi, SUCKAPUNCH ujrzało światło dzienne – jest to krążek interesujący i eklektyczny, ale czy aż tak znakomity, jak zapowiadał to lider zespołu? Zdania są podzielone, a osobiście uważam, że jego większa część wpada jednym uchem, a natychmiast wypada drugim. Najpierw jednak parę słów o pozytywach SUCKAPUNCH.

Silnym trendem ostatnich miesięcy jest nagrywanie albumów mrocznych, ciężkich i apokaliptycznych, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę otaczający nas świat. You Me At Six podjęli próbę wyłamania się z tego nurtu. Chociaż ich siódmy album może przygnębiać, w jego liryce nie znajdziemy zbyt wielu nawiązań do pandemii, kryzysów politycznych i wszechobecnego niepokoju. Teksty są raczej intymne, poruszają głównie temat utraconej miłości, rozpadu związku i próby odbudowania swojego życia po nim. Znakomity utwór tytułowy SUCKAPUNCH jest na to doskonałym przykładem. Kawałek łączy w sobie punk-rockową energię i transowe rytmy, a kiedy Josh śpiewa w kółko I rise from the wreckage that you left behind, słuchacze trzymają za niego kciuki.
Poziom trzyma otwierające album Nice To Me, które oferuje nam sporą dawkę chropowatych wokali ukrytych za ścianą autotune’a. Spokojniejsze, rockowe Kill The Mood ładnie buduje nastrój, a słodkie Voicenotes zaskakuje ostrzejszym refrenem.
Najlepszy utwór na krążku to zdecydowanie MAKEMEFEELALIVE, jeden z promujących album singli. Punk-rockowe i brudne wokalnie, jest dla chłopaków z You Me At Six wyprawą w niezbadane dotychczas terytoria. Zespół wychodzi z tego eksperymentu obronną ręką. No cóż, nie każdy może być jak Bring Me The Horizon, ale każdy ma prawo próbować. You Me At Six na MAKEMEFEELALIVE są bardzo bliscy osiągnięcia sukcesu.
Niestety, cała reszta krążka jest w najlepszym razie nie warta zapamiętania, a w najgorszym po prostu słaba. Wydane jako singiel jeszcze w 2019 roku What’s It Like na pewno ma potencjał, który zostaje całkowicie i okrutnie przytłoczony absurdalnym, elektronicznym breakdownem pasującym do utworu jak kwiatek do kożucha. Beautiful Way może poszczycić się najbardziej banalnymi tekstami, jakie miałam okazję słyszeć w ostatnim czasie (We’re fucked up in a beautiful way czy też Love is a drug but it never comes with a warning). Praktycznie żadnej wartości dodanej nie wnoszą WYDRN, Finish What I Started oraz ballada Glasgow – a szkoda, bo Glasgow to fascynujące miasto, które na pewno mogłoby zainspirować o wiele lepszy utwór.
Tytuł najgorszego kawałka na krążku zgarnia jednak Adrenaline. Refren utworu brzmi jak kalka z Imagine Dragons, czyli (subiektywnie oczywiście) z najgorszego współczesnego zespołu pop-rockowego. To głównie wina brzmienia wokali – zwrotki są nieco lepsze, ale nie ratują sytuacji.
Na SUCKAPUNCH You Me At Six postanowili spróbować praktycznie wszystkiego. Zespół ma na siebie zbyt wiele pomysłów, a przy tym żadnego konkretnego, co odbiera im niezbędną do utrzymania zainteresowania słuchaczy wyrazistość. Odnoszę wrażenie, że ich siła rażenia z każdym kolejnym albumem słabnie. Sprawia mi to ogromną przykrość, ponieważ na żywo muzycy radzą sobie naprawdę znakomicie i wiem, że stać ich na dużo więcej.

