XXX. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Fanów porno od razu uprzedzam – tytuł tego felietonu nie jest związany z Waszą ulubioną tematyką. Jako, że nie wiedziałem, jak zatytułować dzisiejszy tekst, to nadałem mu nazwę XXX. To będzie trochę inny wpis, niż zwykle. Postanowiłem trzy krótkie wątki połączyć w jednym tekście. Za tydzień obiecuję konkrety związane z muzyką. Zapewne napiszę coś o grupie Panic! at the Disco, bo dawno nie gościła w mojej rubryce.

W Finlandii zgodnie z prawem będzie można oczekiwać zwrotu pieniędzy za bilet, jeśli koncert zostanie uznany za słaby lub nie spełni oczekiwań słuchacza oglądającego show. To nie żart – to fakt!

Sprawa ma swój początek w 2013 roku. Wtedy to jeden z uczestników koncertu Chucka Berry’ego w Helsinkach postanowił złożyć podanie o zwrot pieniędzy za wejściówkę, gdyż uznał, że legendarny gitarzysta i wokalista nie porwał w jego opinii publiczności. Co za tym idzie – jego samego również. Fakt – recenzje tego występu nie były zbyt pochlebne, a sam Berry przyznał, że nie był zadowolony ze swojej koncertowej postawy. Z tego powodu pieniądze zostały Finowi zwrócone.

Gdy przeczytałem tę informację, od razu spróbowałem sobie wyobrazić takie prawo w naszym kraju. Zwłaszcza, że ta zaskakująca informacja ze Skandynawii zbiegła się w czasie z okładkowym tematem artykułu w tygodniku Newsweek, którego tytuł brzmiał bardzo wymownie – Polak All Inclusive. W tekście można było przeczytać różne historie, przytoczone przez polskich anonimowych turystów, którzy z nieskrywaną żenadą opisywali wakacyjne „popisy” swoich rodaków. Nie jest tajemnicą, że my – Polacy – w czasie wakacji w bardzo wielu przypadkach nie przynosimy chluby swojemu narodowi. Gdy wykupimy pakiet all inclusive nie ruszymy tyłka żeby zwiedzić np. Ateny, tylko uchlejemy się w hotelu oraz nażremy. Bo przecież za wszystko zapłaciliśmy. I dlatego kompletnie nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, by w Polsce widz otrzymał zwrot pieniędzy za bilet dlatego, że mu się nie spodobał. Bo gdyby tak się stało, 85% widzów chciało by odzyskać wydane pieniądze, a na liczbę kartek z podaniem trzeba by wyciąć pół Puszczy Białowieskiej.

Teraz trochę spraw niezwiązanych z muzyką. Odrobina prywaty. W zeszłym tygodniu jedna z naszych czytelniczek zarzuciła mi, że napisałem zbyt subiektywny tekst o występie Kanye Westa na festiwalu w Glastonbury. Gdyby owy tekst był newsem, posypałbym swoją głowę popiołem. Lecz to był FELIETON. Myślałem, że każdy wie, czym jest ten gatunek, ale skoro po raz wtóry głównym zarzutem wobec mojego felietonu jest jego subiektywizm, to wrzucę definicję tego dziennikarskiego gatunku. Po to, by w przyszłości nie było żadnych niedomówień.

Felieton – specyficzny rodzaj publicystyki, krótki utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający – często skrajnie złośliwie – osobisty punkt widzenia autora

. Gdybym rzeczywiście był złośliwy, to spytałbym się: czego Was uczą w szkołach? Ale nie jestem (tak, użyłem ironii).

Lubię czytać Wasze komentarze – są one oznaką, że przeczytaliście tekst i chcecie rozpocząć jakąś dyskusję związaną właśnie z nim. Ale od czasu do czasu zdarzają się tzw. „szpece”, których jedynym celem jest wbicie mi szpilki, gdyż ich opinia nie jest tożsama z moją. Sorki, ale jako felietonista nie mogę pisać artykułów w stylu: teza – argumenty za – argumenty przeciw – ogólna konkluzja. To nie moja działka. Ja mam tworzyć subiektywne teksty, w których pokazuje swój punkt widzenia w sprawach związanych z muzyką. I nie musicie się z nim zgadzać. Ale w jakiś tam sposób powinniście go szanować.

Gdy ten tekst ukaże się na naszym portalu, ja już będę ponad 1,5 tysiąca kilometrów od Polski, w pięknym i słonecznym Bournemouth, znajdującym się na samym południu Anglii. Miasto ma dostęp do morza, średnia temperatura jest najwyższa w całym kraju, więc obraz deszczowej i zachmurzonej Wielkiej Brytanii jest tutaj ewidentnie zamazany. Jadę tam do pracy. Co będę robił? Nie wiem. W zeszłym roku pracowałem w magazynie firmy odzieżowej oraz w fabryce papieru. Dla chłopaka z ambicjami zostania szanowanym dziennikarzem muzycznym to nie było spełnienie marzeń, ale czasem ambicje trzeba schować głęboko do kieszeni i zrobić coś, co przyniesie wymierne korzyści w postaci pieniędzy. A w zeszłym roku w pięć tygodni, w przeliczeniu na złotówki, zarobiłem tyle, ile całkiem niezły informatyk.

A z przedmiotów ścisłych nigdy nie byłem dobry.

PS. Praca pracą, ale felietony nadal tu będą. Co tydzień. Always.

Czytaj również