Inhaler, zespół z irlandzkiego Dublina, to czterech młodych muzyków, którzy planują zawojować świat alternatywnego rocka. Już 9 lipca ukaże się ich debiutancka płyta, It Won’t Always Be Like This. Kiedy w 2020 roku grupa znalazła się na piątym miejscu w opiniotwórczym sondażu BBC, można było przewidzieć, że czeka ich sukces. Z wokalistą Elijah Hewsonem (synem samego Bono z U2!) oraz gitarzystą Joshem Jenkinsonem rozmawiamy o oczekiwaniach wobec debiutanckiego krążka, różnicach między kolegą z pracy a kolegą z zespołu oraz zastanawiamy się, czy Glastonbury naprawdę istnieje.

Izabela Zadura: Wkrótce ukaże się Wasz debiutancki album – jakie są Wasze nadzieje i oczekiwania w związku z nim?
Elijah Hewson: Przede wszystkim bycie w zespole jest dość dziwne, a fakt, że wydajemy album, jest jeszcze dziwniejszy. Myślę, że po prostu chcemy sprawić, aby ludzie coś poczuli; aby słuchając naszej muzyki poczuli się dobrze, ponieważ wszyscy mieliśmy taki ciężki rok.
IZ: Zarówno album, jak otwierający go utwór noszą tytuł It Won’t Always Be Like This – jakie jest jego znaczenie?
Elijah: Tytuł pojawił się jakieś dwa, trzy lata temu wraz z pierwszym utworem. Wówczas oznaczał coś zupełnie innego niż teraz. Oznacza po prostu, że sytuacja zawsze może się pogorszyć, więc równie dobrze możemy się pośmiać, póki jest taka możliwość. Jesteśmy młodzi i po raz pierwszy doświadczamy świata – do tego właśnie odnosi się tytuł.
IZ: Opiszcie nowy album trzema przymiotnikami.
Josh Jenkinson: Koniecznie “kolorowy”.
Elijah: Zdecydowanie “kolorowy”. “Energiczny” i “klimatyczny”. Chcieliśmy, żeby był żywy, ponieważ obecne czasy są tak mroczne. Chcieliśmy, aby słuchając go, ludzie wyobrażali sobie, że są na koncercie.
IZ: Który utwór był najtrudniejszy do napisania?
Josh: Who’s Your Money On?.
Elijah: Zgadzam się. Pisaliśmy ten utwór w dość szczególny sposób. Mieliśmy wstępne demo, na którym graliśmy razem w pokoju i tak naprawdę to nie działało, więc nasz producent zdecydował się to wszystko pokroić na kawałki. Dzięki temu kawałek ma naprawdę interesujący charakter. Był to chyba ostatni utwór, który skończyliśmy, ale też najbardziej satysfakcjonujący.
IZ: Jakie były Wasze największe inspiracje podczas tworzenia nowego albumu?
Josh: Trudno stwierdzić, ponieważ był to dla nas wszystkich tak dziwny i stresujący czas, że ostatnią rzeczą, na jaką mieliśmy ochotę, było słuchanie cudzej muzyki. Przez większość czasu oglądaliśmy razem filmy lub programy telewizyjne, aby po prostu spróbować myśleć pozytywnie i nie stracić zmysłów. Jeśli czegoś słuchaliśmy, to starszej muzyki.
Elijah: Tak, to dziwne, ponieważ tak naprawdę nie słuchaliśmy zbyt wiele muzyki podczas jej tworzenia. Aczkolwiek wszyscy lubimy Primal Scream, Talking Heads, Joy Division, The Strokes i The Stone Roses, i wydaje mi się, że słychać to na naszym albumie.
IZ: Teraz, gdy pandemia jest w dużej mierze pod kontrolą, czy macie jakieś plany koncertowe na najbliższą przyszłość?
Elijah: Planujemy trasę na wrzesień – październik. Jesteśmy podekscytowani powrotem na scenę, ta przerwa trwała za długo. Będąc zespołem grającym na żywo, mamy szczęście, ponieważ cały czas mogliśmy wykonywać połowę naszej pracy, czyli pisać i nagrywać. Aczkolwiek bardzo tęsknimy za tą drugą połową. Trasy koncertowe odgrywają dużą rolę w pisaniu utworów. Wydaje mi się, że to może dlatego na albumie znalazło się kilka utworów wolnych lub w średnim tempie – nie graliśmy ostatnio na żywo i nasze nastawienie przy pisaniu było inne.
IZ: Który z dotychczas wydanych utworów najbardziej lubicie grać na żywo?
Josh: My Honest Face. Sama reakcja, jaką wywołuje ze strony tłumu, jest nie do opisania. Jak dotąd żaden inny utwór nie działa w ten sposób.
Elijah: Nie wiem, co takiego jest w tej piosence, ale ludzie po prostu szaleją na jej punkcie. Gramy ją na koniec każdego seta i zawsze jest to zabawny moment, ponieważ jesteśmy już bardzo zmęczeni, więc to ostatni zastrzyk adrenaliny, a potem schodzimy ze sceny i skaczemy dookoła podekscytowani. Tęsknię za tym, naprawdę za tym tęsknię.
IZ: Jakie jest Wasze wymarzone miejsce na zagranie koncertu?
Josh: Każdy artysta powie Ci, że granie na Glastonbury to jego marzenie.
Elijah: To mekka muzyki. Nigdy nie byliśmy tam nawet prywatnie, ale słyszeliśmy różne historie i brzmi to jak bajkowa kraina. Nie wiemy nawet, czy w ogóle istnieje, ale jeśli tam pojedziemy, damy Ci znać [śmiech].
IZ: Co sprawia, że zespół “działa”? Czy znacie magiczną formułę? Jak sprawiacie, że Wam się udaje?
Josh: Myślę, że po prostu musisz mieć szczęście i trafić na grupę ludzi, którym chcesz wyrwać urwać głowy, ale tego nie robisz [śmiech].
Elijah: Zgadzam się. Myślę, że najważniejsza jest chemia między członkami zespołu – zawsze słychać ją w muzyce. Relacje międzyludzkie są kluczowe.
IZ: Jesteście więc dla siebie nawzajem przyjaciółmi, a nie kolegami z pracy?
Elijah: Zdecydowanie przyjaciółmi. Dobrze jest móc po prostu spędzać razem wolny czas i być kumplami. Nie założyłem zespołu, żeby zwyczajnie pracować!
IZ: Co sprawia, że Wasz zespół jest wyjątkowy? Co Was wyróżnia?
Elijah: Po pierwsze fakt, że gramy na gitarach w świecie, w którym stało się to rzadkością. Na szczęście gitary powoli wracają do łask, można je coraz częściej usłyszeć w muzyce pop. Myślę, że to, co naprawdę nas wyróżnia, to żywiołowość naszej muzyki, o jaką trudno gdziekolwiek indziej.
