„Szufladkowanie to polski mental”. Wywiad z Karoliną Czarnecką

Karolina Czarnecka śpiewa, gada i… gra. Dobrze czuje się zarówno na scenach koncertowych czy festiwalowych, jak i na tych teatralnych. Dwa miesiące temu skończyła 30 lat, a miesiąc temu wydała nową, czwartą już płytę. Album nosi tytuł „Cud” i znajduje się na nim między innymi piosenka „Trzydzieści”, w której artystka podsumowuje zarówno swoje życie, jak i 30 lat polskiej wolności.

Poczytajcie, co miała nam do powiedzenia piosenkarka, która nie boi się pisać kontrowersyjnych tekstów i próbować nowych gatunków.

MU: W tym roku w Twoim kalendarzu znalazł się między innymi festiwal Pol’and’Rock. Domyślam się, że dorastając, wiele o nim słyszałaś, a może nawet marzyłaś by stanąć na scenie…?

Karolina Czarnecka: Parę lat temu miałam okazję pojawić się na Woodstocku z drugiej strony. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, zachwyciłam się tym miejscem. Niesamowite, jak jedna osoba jest w stanie stworzyć coś tak wspaniałego dzięki swojej charyzmie, wytrwałości i umiejętności pracy w zespole. W dodatku czuję się tam bardzo bezpiecznie. Od tego czasu często sobie wizualizowałam, że stoję na tej scenie. W tym roku wreszcie przyjechałam jako artystka. To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie, zwłaszcza po trasie obejmującej około 30 miast, gdzie grałam bardziej kameralne koncerty. Tu cały namiot był wypełniony, a przed nim stał jeszcze telebim. To był dla mnie szok.

MU: Wszystko poszło tak, jak sobie wizualizowałaś?

Karolina Czarnecka: Tak, choć ja zawsze jestem wobec siebie krytyczna. Mam bogate wizje koncertów i staram się je realizować, ale to oczywiście zależy od ekipy, umiejętności, środków…

MU: Czym ten występ różnił się od Twoich poprzednich?

Karolina Czarnecka: Dotychczas na moich koncertach mogłam się przywitać z fanami, zbić piątkę, porozmawiać. Tymczasem przy takiej skali koncertu jest to niemożliwe. Zarówno tłum, jak i artysta, zupełnie inaczej reagują. Zazwyczaj staram się zdobyć publiczność, zawalczyć o nich i przekonać do siebie, tymczasem na takich festiwalach ludzie emanują taką energią, że nie muszę się nawet wysilać (śmiech). W takich momentach trzeba uważać, żeby się tym nie zachłysnąć.

MU: Martwisz się wtedy, że nie słuchają, co masz im do powiedzenia, tylko traktują Twój występ jak imprezę?

Karolina Czarnecka: Nie. Nie oczekuję od słuchaczy, że będą płakać na moich koncertach. Jak się bawią i tańczą, to też jest świetnie. Każdy ma prawo przeżywać moją muzykę po swojemu.

MU: Muzykę, która coraz bardziej przybiera postać rapu.

Karolina Czarnecka: To stopniowy proces. Rapowałam już w spektaklu „Pożar w burdelu” i na płycie „Solarium 2.0”, choć nie był to taki typowy rap z bloków.

MU: Czujesz, że rap gra Ci w duszy? Czy to bardziej jedna z Twoich ról?

Karolina Czarnecka: Gra mi w duszy. W muzyce czerpię ze wszystkiego, co mnie otacza – przede wszystkim z Podlasia i Warszawy, gdzie powstawała ta płyta. Czuję, że mam prawo z tego korzystać, nie muszę się ograniczać. Szufladkowanie to taki polski mental – ja staram się mieć do tego dystans i nie przejmować tym, co ludzie powiedzą.

MU: A co aktorstwo dało Ci muzycznie?

Karolina Czarnecka: Bardzo lubię teatralizację, scenografię i kostium. Korzystam z tego i widać to na moich koncertach.

MU: W listopadzie wyszła Twoja nowa płyta: „Cud”. Jakie tematy na niej poruszasz?

Karolina Czarnecka: Jest to zapis mojej drogi, która zamyka się na odcinku Podlasie – Warszawa, a także obserwacja świata i siebie, tu i teraz. Wnioski z tej obserwacji mnie niepokoją – w mojej naturze nie leży ucieczka, tylko konfrontacja, a mimo to wolę unikać szybkiego życia i sfrustrowanych ludzi na rzecz spokoju i natury. Bardzo kocham Warszawę – zachwyca mnie, ma wiele tajemnic i zakamarków, ale czuję do niej też żal o to, że nie daje równych szans, nie pielęgnuje wartości.

Ostatnio opublikowane