„Minęło dziesięć lat, a nadal kochamy grać te utwory”. Wywiad z Jackiem Lawrence-Brown z zespołu White Lies

Debiutancki album post-punkowego (a momentami indie-rockowego) trio White Lies, To Lose My Life…, kończy właśnie dziesięć lat. Aby uczcić znakomicie przyjęty przez fanów i krytyków krążek, White Lies wyruszają w jubileuszową trasę, podczas której zagrają go w całości. Z perkusistą zespołu, Jackiem Lawrence-Brown, rozmawiamy o niespodziewanym sukcesie albumu, miłości do starych utworów i planach na przyszłość.

Podobny obraz

Izabela Zadura: Wasz debiutancki album, To Lose My Life…, kończy właśnie 10 lat. Z tej okazji wyruszacie w jubileuszową trasę. Skąd pomysł takiego świętowania rocznicy?

Jack Lawrence-Brown: Pomysł pojawił się na początku tego roku, kiedy byliśmy jeszcze w trasie promującej nasz najnowszy album Five. Rozmawialiśmy o tym, że podczas koncertów nadal gramy wiele utworów z To Lose My Life… i że ten krążek zawsze z nami pozostaje – nieważne, jak wiele płyt nagramy i w ile pojedziemy tras, fani zawsze chcą słuchać piosenek z tego albumu. Te utwory były tłem dla młodości wielu naszych słuchaczy. Zdecydowaliśmy więc, że jeśli chcemy okazać To Lose My Life… nasz szacunek w bardziej oficjalny sposób, powinniśmy pojechać w trasę, w której będziemy grać ten album w całości. Wówczas pojawiła się również możliwość wydania rocznicowej wersji krążka. Minęło dziesięć lat, a nadal kochamy grać te utwory!

IZ: Podczas trasy będziecie grali To Lose My Life… w całości. Czy zamiast sięgać do starych kompozycji, nie wolicie raczej grać nowych utworów, które są obecnie bardziej reprezentatywne dla Waszego zespołu?

Jack: Jednym z powodów, dla których zdecydowaliśmy się na ten trasę było to, że ostatnio skupialiśmy się głównie na Five. Czas naszych setów dobijał do dwóch godzin, ponieważ chcieliśmy też grać kawałki z debiutu. Musieliśmy usuwać z setlisty lubiane utwory, takie jak E.S.T. czy From The Stars – nie mieliśmy już na nie miejsca, bo chcieliśmy się skoncentrować na nowościach. Wydawało nam się, że to trochę niesprawiedliwe wobec osób, które wydały pieniądze na nasz koncert i nie usłyszały swojej ulubionej piosenki z To Lose My Life…. Chcieliśmy im więc to umożliwić!
Granie albumu w całości jest również zupełnie innym doświadczeniem. Taki utwór jak Death, z ogromnym crescendo, albo To Lose My Life, zwykle pojawiają się pod koniec seta, na albumie to jednak dwie początkowe piosenki. Musimy więc zupełnie zmienić sposób, w jaki gramy koncert, i zagrać nasze dwa największe hity na samym początku. Chcemy dać naszym słuchaczom uczucie zbliżone do słuchania winyla naszego debiutanckiego albumu, ale w innym kontekście i z dodatkową oprawą sceniczną. Jest to dla nas dość stresujący projekt. Jestem podekscytowany, ale także zdenerwowany!

IZ: Cofnijmy się myślami do roku 2009. Nagrywacie właśnie swój debiutancki album. Jakie były wówczas Wasze nadzieje i oczekiwania?

Jack: Wydaje mi się, że wiedzieliśmy, że mamy fundament pod naprawdę dobry album, ale kiedy weszliśmy do studia, nie mieliśmy pojęcia, co właściwie robimy. Pracowali z nami ludzie, którzy naprawdę nam pomogli i przeprowadzili nas przez ten proces i z którymi od tamtej pory wielokrotnie współpracowaliśmy, jak na przykład Ed Buller [uznany brytyjski producent, były muzyk – przyp.red.], który jest naszym guru i do którego możemy się zwrócić praktycznie z każdym pytaniem. Przy pracy nad pierwszym albumem naprawdę nam pomógł znaleźć nasze brzmienie i wytłumaczył, jak sprawić, żeby ludzie je pokochali. Myślę, że byliśmy przede wszystkim podekscytowani – znaleźliśmy się w ogromnym studio nagraniowym z większą ilością sprzętu i drogich gadżetów niż kiedykolwiek wcześniej widzieliśmy. Mieliśmy świadomość naszego kontraktu z szanowaną wytwórnią, która oczekiwała, że album odniesie sukces, ale wydaje mi się, że nie mieliśmy żadnych celów poza nagraniem świetnego krążka, który spodoba się słuchaczom. Nie spodziewaliśmy się, że To Lose My Life… odniesie aż tak wielki sukces, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, docierając na pierwsze miejsce zestawienia UK Album Charts. Pierwszy tydzień po ukazaniu się krążka przewrócił nasze życia do góry nogami.

IZ: Czy sukces albumu Was przytłoczył?

Jack: Kiedy zaczynaliśmy karierę, opinie o White Lies były podzielone. Niektórzy nie rozumieli naszej muzyki czy estetyki. Bardzo mocno nawiązywaliśmy do lat 80. w czasach, kiedy nie było to aż tak popularne. Mieliśmy wówczas po 19 lat, duża część odbiorców była więc zaskoczona, że wydajemy album o tak nostalgicznym brzmieniu. Wcześniej naszymi recenzentami byli wyłącznie nasi fani, rodzina i przyjaciele, pierwsze zetknięcie z negatywną krytyką odczuliśmy więc dość mocno. To się pamięta na zawsze. Według niektórych album był znakomity, według innych beznadziejny. Kiedy To Lose My Life… ujrzał światło dzienne, byliśmy na północy Rosji, gdzie nagrywaliśmy klip do Farewell To The Fairground. Cały szum związany z albumem nas ominął. Dowiedzieliśmy się o pierwszym miejscu w zestawieniu najpopularniejszych albumów, będąc na Syberii. Nie musieliśmy uczestniczyć w żadnej wielkiej imprezie, a za to mogliśmy cieszyć się tym sukcesem w wąskim gronie. Napiliśmy się wódki we trzech [wraz z Harrym McVeigh i Charlesem Cave – pozostałymi członkami White Lies – przyp.red.] i pośmialiśmy się z tego, że udało nam się cokolwiek osiągnąć.

IZ: Patrząc wstecz, oczywiste jest, jak wiele To Lose My Life… znaczy dla Was jako dla zespołu.

Jack: Znaczenie tego albumu wzrasta wraz z upływem czasu. Cały czas dostajemy od naszych fanów wiadomości o tym, jak ten krążek zmienił ich życie lub jak pomógł im przetrwać trudny czas. Wtedy naprawdę zdajemy sobie sprawę, że White Lies to coś więcej niż nasza trójka dostająca pieniądze za zabawę w studio nagraniowym. Wszystko, co nasz zespół był w stanie osiągnąć, ma swoje korzenie w tym pierwszym albumie. Do tej pory jesteśmy pytani jakie to uczucie nagrać album, który dociera na pierwsze miejsce zestawień. Niektórzy artyści pracują na to przez całą swoją karierę i nigdy nie docierają do najlepszej trójki czy piątki. Zwłaszcza, że udało nam się to za pierwszym podejściem, płytą, z której jesteśmy naprawdę dumni. Coś takiego zdarza się raz w życiu. Nawet, jeśli już nigdy nie uda nam się dotrzeć na pierwsze miejsce, nie możemy być rozczarowani, ponieważ już raz to osiągnęliśmy.

IZ: Który utwór z To Lose My Life… jest Twoim ulubionym?

Jack: Nie powiem nic oryginalnego, ale Death to naprawdę fantastyczny kawałek. Jest taki zwariowany, irański film o wampirach zatytułowany O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu [A Girl Walks Home Alone At Night], który odniósł spory sukces w kręgach kina artystycznego. Ostatnio wybrałem się na niego do kina w moim rodzinnym mieście Ealing – Death zostało użyte w filmie. Już od dawna nie słyszałem wersji nagraniowej tego utworu, byłem więc zaskoczony, jak świetnie pasował. To niezwykłe doświadczenie słyszeć muzykę, o której myślę w bardziej “życiowym” kontekście, jako tło do obrazu. Przypomniało mi to, jak bardzo lubię ten utwór.

IZ: Co czeka White Lies po powrocie z jubileuszowej trasy?

Jack: Dobre pytanie. Niedługo światło dzienne ujrzy pewna niespodzianka. Latem mieliśmy możliwość nagrania kilku utworów, na które wcześniej zabrakło czasu. Jest więc jedna piosenka, którą chcemy wydać jeszcze przed wyjazdem w trasę. Jeśli się spodoba, spróbujemy nauczyć się ją grać i dodamy ją do setlisty koncertowej. To dobry utwór, chociaż całkiem inny od brzmienia To Lose My Life…. Nie mogę zdradzić tytułu! Kiedy skończymy trasę, będą święta. Ostatnie 18 miesięcy spędziliśmy na intensywnej pracy, nagrywając i koncertując, chcemy więc trochę odpocząć na początku przyszłego roku i skupić się na innych zainteresowaniach. Będę jednak zdziwiony, jeśli przed końcem przyszłego roku nie wrócimy do studia. Mamy również w planach zagrać na kilku festiwalach. Dziesięć lat temu graliśmy na Open’er Festival w Polsce i mamy z niego świetne wspomnienia – to był jeden z naszych pierwszych festiwali i bardzo chcielibyśmy na niego wrócić.

White Lies zagrają album To Lose My Life… w całości w warszawskiej Stodole 20 listopada. Bilety dostępne są na livenation.pl.

Izabela Zadura
Izabela Zadura
Poszukiwaczka wartościowych tekstów, propagatorka pop-punku, bywalczyni licznych koncertów.

Ostatnio opublikowane