„Jestem uzależniony od wspominania” Wywiad z Better Personem

Już 23 października Better Person zaprezentuje swój debiutancki album Something to Lose. Artysta osiągający sukcesy we Francji czy Niemczech, zdradził co nieco w rozmowie z nami. Co stoi za inspiracją jego twórczości, jak ważna jest nostalgia i co działo się podczas pandemii – tego wszystkiego dowiecie się z poniższego wywiadu.

Sylwia Krzywonos: Na świecie panuje pandemia – nie da się uniknąć tego tematu. Jak okres izolacji wpłynął na Ciebie, prywatnie i zawodowo? W jakim stopniu odcisnęła swoją obecność w Twojej twórczości? 

Better Person: Ostatnie pół roku wpłynęło na mnie w ogromny sposób. W marcu razem z moją partnerką złapaliśmy koronawirusa. Skończyło się w szpitalu z bardzo ciężkimi objawami z którymi borykam się do dziś. Zdarza się, że z powodu wycieńczenia organizmu całymi dniami nie jestem w stanie wstać z łóżka. Do tego doszły uszkodzenia serca i płuc. Końca na razie nie widać, a od 6 miesięcy lekarze nie są w stanie pomóc. W tym momencie trudno mi sobie wyobrazić pracę nad czymkolwiek, a przyszłość stoi pod wielkim znakiem zapytania. Podczas dni, w których czuję się lepiej wyobrażam sobie nowe piosenki i zapisuje pomysły i skrawki myśli. Mam nadzieje, ze uda mi się w miarę prędko wydobrzeć i wypluć z siebie jeszcze trochę twórczości.

S.K.: Od kilku lat mieszkasz w Berlinie – czym charakteryzuje się tamtejsza branża? Czy jesteś w stanie porównać ją z polską sceną?

B.P.: Nie jestem w stanie zbyt dużo na ten temat powiedzieć. Na moje oko najbardziej drastyczną różnicą pomiędzy Polską a Berlinem  jest to, że w ostatnich latach w Polsce wracając wieczorem do domu z np. koncertu można zostać skatowanym na śmierć za ubiór czy znaczek z tęczą.

S.K.: Nawiązując jeszcze do Berlina, czy klimat miasta wpływa konkretne piosenki, szczególnie z płyty Something To Lose? Co czerpiesz ze swoich podróży?

B.P.: Od podróży serce nasiąka mi wrażeniami i obrazami które łatwo się potem przekłada na twórczość. Moje otoczenie bardzo mocno wpływa na mnie i moją muzykę. Kiedy się nie ruszam z miejsca przez dłużej niż parę tygodni to staje się nerwowy i smutny, bardzo tego potrzebuję. W przypadku „Something To Lose” największym „geograficznym” wpływem był mój paromiesięczny pobyt w Los Angeles.

S.K: Twoje piosenki mówią wiele o miłości, w nostalgiczny sposób, a można by powiedzieć, że wpasowują się w jesienny klimat – czy był to celowy zabieg czy na co dzień jesteś pełną nostalgii osobą? 

B.P.: Jestem uzależniony od wspominania, moja skłonność do nostalgii bywa wręcz obsesyjna, do stopnia w którym jako młodzieniec robiłem mini ołtarze z artefaktów, które przypominały mi o momentach z przeszłości – biletów autobusowych, rachunków, zdjęć itd. Teraz jest już lepiej, wywalam z domu papiery co parę tygodni. Co do mojej muzyki, to zawsze myślałem o niej jako zdecydowanie letniej (szczególnie na “Something to Lose”). Letnie noce to dla mnie zwykle czas w którym muzyka sama się pisze.

S.K.: Przy nowej płycie współpracowałeś m.in. z Benem Goldwasserem z MGMT. Czy masz jakąś wymarzoną współpracę?

B.P.: Zdecydowanie wolę pracować samemu i zwykle nie lubię kiedy ktoś mi się wtrąca z pomysłami w mój świat. Ben zwabił mnie entuzjazmem, sprzętem i Kalifornią. Bardzo obawiałem się współpracy z „producentem” ale okazało się, że mamy dokładnie takie samo zdanie i pomysły w kwestiach muzycznych i podejmujemy identyczne decyzje estetyczne, więc praca szła bardzo gładko i obeszło się bez żadnych kompromisów. 

S.K.: Kiedyś w wywiadzie powiedziałeś, że nie lubisz nagrywać długich płyt – skąd taka zmiana i nagranie pełnego albumu?

B.P.: To prawda, nie przepadam za długimi formami i cenię sobie zwięzłe dzieła, dlatego też starałem się by mój album był jak najkrótszy się da. Udało mi się zakomunikować wszystko co chciałem w 30 minutach. Mam ogromną nadzieje ze po przesłuchaniu mojej płyty słuchacze poczują odrobinę pozytywnego niedosytu i będą jej słuchać wielokrotnie, co sprawi, że tysiące euro zaczną spływać od Spotify na moje konto.

S.K.: Zazwyczaj polscy artyści nagrywają w języku angielskim z nadzieją na sukces za granicą, a Ty mając już sukcesy m.in. we Francji z wyprzedanymi koncertami, zdecydowałeś się na nagranie prawie połowy albumu w języku polskim, dlaczego?

B.P.: W moim przypadku zdarza się, że tekst sam z siebie wychodzi po polsku a czasami po angielsku. Przy pracy nad materiałem starałem się za bardzo nie ingerować w swój własny „flow” i nie edytować słów, które w podświadomy sposób same wypadały z moich ust. W efekcie obie polskie piosenki zostały z oryginalnymi tekstami z dnia w którym je napisałem, w niezmienionej formie. Zauważyłem, że w polskich tekstach na więcej sobie pozwalam, ale też w efekcie bardziej się ich wstydzę. Może to dlatego, że w życiu codziennym używam coraz mniej polskiego.

S.K.: Swoją twórczość opierasz tylko na własnych przeżyciach? Czy historie innych ludzi również Cię inspirują?

B.P.: Naturalnie inspiruje mnie wiele sytuacji i interakcji w moim otoczeniu ale zawsze będzie to przefiltrowane przez mój własny obiektyw, własny mikrokosmos. Moim zamiarem podczas pisania materiału na „Something To Lose” było otworzyć ten kosmos, wpuścić tam trochę światła i napisać piosenki które są odrobinę bardziej uniwersalne w przekazie, aczkolwiek opisywanie historii innych ludzi w mojej własnej twórczości to nie dla mnie. Myślę, że moja muzyka zawsze będzie osobista.

Czytaj również