Bajzel, inaczej Piotr Piasecki, wydał niedawno swój najnowszy, szósty album muzyczny o tytule Pararaj. W naszej rozmowie dla All About Music opowiedział znacznie więcej o tym.
Jagoda Dobrzyńska: Bajzel… Skąd pomysł na taki pseudonim artystyczny?
Bajzel: To moja ksywa. Tak na mnie wołali przyjaciele, dlatego z automatu mój projekt solowy nazwałem Bajzlem – a mogło być gorzej, bo w życiu miałem jeszcze parę innych ksyw związanych z nazwiskiem lub urodą. Na przykład Piasek, Żwirek, Lider, Gargamel, Bazyl lub Batman… (śmiech)
JD: Jesteś autorem tekstów, kompozytorem, wykonawcą i multiinstrumentalistą. Człowiek-orkiestra. Jak się Tobie udaje wszystko godzić ze sobą?
B: Tworzenie piosenek – czyli pisanie tekstów i komponowanie – wychodzi u mnie z naturalnej potrzeby wyrażania. Nie robię tego na siłę. To jakby samo się robi, po prostu czasem potrzebuję coś powiedzieć, zagrać lub stworzyć. Naturalnie też mam ochotę wykonywania tych utworów, a tak się potoczyło, że znalazłem dość wcześnie na to sposób. Loopowałem gitary, basy wokale z bitami grając konkretne piosenki od 2004 roku – gdy moja potrzeba urzeczywistniania muzyki była znacznie większa niż liczba formacji, w których występowałem. Z czasem też zacząłem realizować muzykę… znaczy nagrywać, miksować, tworzyć projekty okładek i wydawać ją własnym nakładem potu oraz łez. To już niestety stało się koniecznością, choć pracuję nad zmianą tego dzięki pomocy odpowiednich fachowców na rzecz mojego większego zaangażowania się w sam proces tworzenia muzyki.
JD: Zagrałeś już kilkaset koncertów w kraju i za granicą. Teraz jak jest, w dobie pandemii, w Twoim przypadku? Jak w ogóle sobie radzisz w tej chwili?
B: No… jasnowidze się nie popisali. (śmiech) Nikt na to nie był gotowy. Artyści sobie radzą i też sobie nie radzą na różne sposoby. Każdy, najprościej mówiąc, jak może. Prócz możliwości pisania papierków urzędowych dla uzyskania jakichkolwiek pomocy socjalnych dotacji i innych minimalnych opcji ratunkowych. Istnieje parę innych opcji – na przykład pójść do tak zwanej „normalnej pracy” lub wykonywać koncerty online. Albo liczyć na pomoc finansową dobrych ludzi. Ja po swojemu zrobiłem wszystko po trochu. Napisałem parę papierków – choć tego nie lubię – a biurokracja u nas nie zna granic. Zagrałem parę koncertów online. Lecz przede wszystkim wydałem płytę Pararaj i to właściwie jedyny powód, dlaczego o tym wszystkim tutaj opowiadam. Wydałem ją tylko i wyłącznie dla i dzięki fanom muzyki, którą gram. To też dało siłę napędową, by przetrwać ten ciekawy czas. Teraz wszystko się pomału otwiera – oby nie tylko z powodu niemożności dopilnowania spragnionego słońca społeczeństwa. Chcę zagrać parę koncertów, zapewne plenerowych. Nawet kusi mnie, aby wyjść z muzyką na promenadę bardziej w formie perfomancu – niż koncertu, ale to za niebawem się zobaczy.
JD: Chciałabym jeszcze jedno pytanie zadać odnośnie koncertów, gdyż towarzyszyłeś na trasach chociażby Pogodno, Katarzyny Nosowskiej, czy Lao Che. Dobrze wspominasz tamte przygody?
B: To przede wszystkim były świetne bandy przyjaciół – nawet można powiedzieć, muzycznych rodzin. Nie sposób obejść się bez przygód, a ja wszystkie miłe wspominam. Chociaż pamięć mam krótką, dlatego czekam na nowe. (śmiech)
JD: Z Jackiem Budyniem Szymkiewiczem założyłeś duet muzyczny Babu Król. Rozumiem, że lubisz pracować również grupowo…
B: W grupie jest raźniej, chociaż jestem jedynakiem i w solo też sobie poradzę. Z ludźmi inaczej się gra, niż samemu. Chociaż wszystko jest na swój sposób przyjemne. W zespole jesteś częścią całości, a samemu możesz być całością – choć też nie zawsze. Wszystko ma też swoje plusy i minusy, możliwości i ograniczenia – a ograniczenie wzmacnia inwencję. Dlatego też nigdy nie przestanę grać solowo. Ale mam nadzieję, że z zespołami także. Najpierw nauczyłem się grać w zespole, a potem zacząłem sam eksperymentować z Bajzlem. Najważniejsze dla mnie jest doznawanie obu sytuacji dla muzyki i własnego rozwoju. Dzięki temu wszystkiemu wydałem właśnie nową płytę.
JD: Przejdźmy już do Twojego szóstego albumu muzycznego. Pararaj… co właściwie oznacza to słowo?
B: Pararaj to moja nazwa na tę rzeczywistość, do której doprowadzają ludzie swoimi dobrymi intencjami. Człowiek – by sobie ułatwić życie od wieków – udoskonala swoje wynalazki i metody działania, ale w rezultacie komplikuje wszystko i doprowadza do kolejnych problemów. I to jest właśnie Pararaj. Niby raj – ale także świat, który stał się maszynką do zarabiania pieniędzy, nad którą straciliśmy dawno temu kontrolę. Jeśli jesteś poza układem, nie jesteś trybem w tej maszynie – nic nie możesz. Ja dokładnie tyle mogę w temacie nowej płyty. Ale jak już o niej wspominamy, to Pararaj to tylko słowo – a muzyka jest w środku krążka, do którego wszystkich serdecznie zapraszam. Chciałbym, by każdy wyniósł z niej coś dla siebie. Aby dała ona uśmiech i przyjemność doznań, może refleksję albo zabawę.
JD: Pararaj wydałeś własnym nakładem, tak jak dwie poprzednie płyty. Dlaczego?
B: Na pewno nie dlatego, by zachęcić innych twórców do tego kroku. Choć wielu w tych czasach też sobie sama rzepkę skrobie. Wydawać powinien wydawca, a muzyk powinien grać. Ale nie jest tak słodko i muzycy z braku możliwości zajmują się wszystkim czym muszą. By ich muzyka w ogóle mogła być wydana. Jest tak pewnie dlatego, że w świecie maszynki do zarabiania pieniędzy, twór indywidualny – jak jakaś przedziwna zębatka – nie pasuje do sformatowanych trybów maszyny produkującej produkt na potrzeby obliczonego przez statystyki targetu.
JD: A o czym jest Pararaj?
B: O abstrakcji, o tęsknocie, o miłości, o nadziei, o ułudzie, o zwątpieniu, o dziewczynach, o przełamywaniu ograniczeń, o telewizji partyjnej, o ucieczce stąd, o polskiej złotej jesieni widzianej oczami przyjaciela z Mozambiku, o czekaniu na coś co nigdy nie przyjdzie o roku 2020… Ale to przede wszystkim muzyka, która nie chce być taka jak inna. Nie chce być wiecznie modnym retro, kiczowatym żartem ani głupotą dla poklasku. Wychodzi prosto ze mnie z moich inspiracji, fantazji i szaleństwa. Jest jaka jest, a następna będzie zupełnie inna.
JD: W Twoim pierwszym singlu, Już nie ma dzikich plaż, oddałeś hołd Irenie Santor – ponieważ jest to adaptacja jej hitu. Dlaczego wybrałeś akurat tę artystkę?
B: Wybrałem przede wszystkim ten utwór, ponieważ jest dla mnie bardzo odczuwalny na poziomie, który mnie w muzyce pociąga. Oddałem też hołd Irenie Santor tak jak autor piosenki w oryginalnej wersji oddaje hołd Mahali. Autor też wspomina Juratę – a ja Świnoujście. Muzycznie też mnie porywa hiszpańska melodyjność, do której dołożyłem lekkie odświeżające, mam nadzieję, disco. No i wiadomo, ten refren, który tęsknotą zabiera Cię w te miejsca – do których tęsknisz, mimo bólu, który Ci nadal przynoszą.
JD: O czym opowiadają Twoje dwa kolejne single, czyli Łza i Film?
B: Dla mnie to jest tajemnica, ale jeśli ktoś ma jakieś przemyślenia to chętnie się dowiem jakie. Często tworzę teksty, które są otwarte na interpretację odbiorcy i tak bym chciał, by te teksty były traktowane. Chociaż to nie ode mnie zależy. Skoro wypuszczam je jak dojrzałe dzieci z gniazda.
JD: Czy będzie czwarty utwór promocyjny?
B: Chciałbym by był. Podpowiem, że według odbiorców powinien nim stać się kawałek Nieba Bogowie. Tylko nie wiem, czy mi milionów starczy na realizację do niego obrazu w postaci teledysku.
JD: A jaki będzie Twój kolejny krok? Oczywiście, oprócz koncertów, które – miejmy nadzieję – powrócą jak najszybciej…
B: Zamierzam jak najgłębiej schować się w muzykę. Zanurzyć się w procesie tworzenia. Mam teraz nowe zabawki, z których chcę wyciągnąć zupełnie inne twory muzyczne niż dotychczas. Czas na przemianę i spojrzenie głębsze w siebie, oczyszczenie głowy ze schematów tego świata i zamienienie przyziemności na przyjemności.
JD: Życzę powodzenia w takim układzie. Dzięki za rozmowę!
