Rozen to folkowy zespół mający do zaoferowania świetną muzykę i fantastyczne, mądre teksty w niesamowicie przystępnej, intrygującej formie. Grupa niedawno wydała swój debiutancki album. W związku z jego premierą miałam przyjemność porozmawiać z jednym z członków, Andrzejem.
Przeczytajcie, a poznacie niezwykłą historię i nieczęsto spotykaną perspektywę.
Adrianna Małolepszy: Serdecznie gratuluję płyty! Jest świetna. Nie masz się czym denerwować. Jak nastrój w związku z premierą?
Może to zabrzmi butnie, ale my nie denerwujemy się tym czy ta płyta ma wartość. Robiliśmy ją na tyle długo, że jesteśmy jej pewni. Chcemy tylko, żeby miała szansę dotrzeć szeroko do ludzi.
Adrianna Małolepszy: Właśnie po to rozmawiamy! A jak nastrój w związku z premierą?
Dziwnie. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, ale rzeczywistość nagle bardzo się zmieniła. Do tej pory mieliśmy ogromnie dużo pracy. Wiele się działo, pracowaliśmy na pełnych obrotach. Kończyliśmy płytę, odsłuchiwaliśmy setki razy mastery, nagrywaliśmy teledyski, przygotowywaliśmy projekty graficzne. Teraz płyta poszła w świat, a my… czekamy.
AM: Mówisz, że ta płyta powstawała bardzo długo. Jak długi okres masz na myśli?
Zaczęliśmy grać razem w 2017 roku i już od tego czasu próbowaliśmy nagrywać jakiś materiał. Po drodze on się oczywiście zmieniał, ale przez te kilka lat przeszliśmy różne próby poszukiwania wytwórni, jedną nieudaną współpracę, w czasie której nagraliśmy właściwie pełną płytę, z której nic nie wyszło. W międzyczasie przerzuciliśmy się na pisanie po polsku, zmieniliśmy nazwę. Przeszliśmy bardzo długi proces. Kilka razy mieliśmy też momenty zniechęcenia, kiedy to wszystko wydawało się po prostu nieosiągalne.
Zaczynając nagrywać tę płytę, mniej więcej rok temu, byłem pełen obaw. Już kiedyś próbowaliśmy nagrywać ten materiał. Bałem się czy uda się uchwycić tę energię i to powtórzyć. Finalnie okazało się, że album na tyle się zmienił, ewoluował, że było to zupełnie inne doświadczenie. W międzyczasie zaczęła się pandemia i to paradoksalnie nam trochę pomogło. Mieliśmy czas naprawdę skupić się na tym w stu procentach.
AM: Mówisz, że pandemia Wam pomogła, ale chyba trudniej nagrywać kiedy nie możesz gdzieś iść ani widzieć się z ludźmi.
Oczywiście. Pod tym względem było to trudne, ale prawda jest taka, że jeśli zespoły koncertują, albo tak jak ja mają jakieś równoległe życie zawodowe, to zawsze trudniej znaleźć ten czas. Pandemia spowodowała, że wszyscy byliśmy trochę uziemieni i mieliśmy okazję przysiąść i popracować nad utworami i aranżacjami. Dzięki temu mam poczucie, że te kompozycje są przemyślane i dopracowane.
AM: Nawiązując, jak się znaleźliście i skąd pomysł na zespół? Powstał przecież już, kiedy zajmowałeś się “zwykłą” pracą.
To jest niezwykła historia. Ja nadal czuję się człowiekiem, który dopiero wszedł w muzykę i wszedł w nią trochę za sprawą szczęścia, a trochę przypadku. Pojechałem kiedyś na rejs do Chorwacji i na tym właśnie rejsie poznałem skrzypaczkę, Karolinę Matuszkiewicz, która pojechała tam odpocząć od muzyków. Ale wiedząc, że ja i mój brat, który organizował ten rejs weźmiemy gitary, Karolina wzięła ze sobą stare skrzypce. Nie było żadnych poważnych muzycznych planów – po prostu pograć wieczorami dla znajomych. Ja głównie grałem covery swoich ulubionych utworów, ale co jakiś czas, nie mówiąc nic nikomu, przemycałem też swoje własne piosenki pisane. Miałem ich kilka, ale bałem się je wykonywać, nie wiedząc jak będą odebrane. Nigdy przecież nie występowałem, nigdy ich nikomu nie pokazywałem. Ale zauważyłem, że za każdym razem gdy grałem swoje utwory Karolina wypytywała: “Co to jest? Fajne, może zagramy jeszcze raz”. I tak od słowa do słowa okazało się, że Karolinie bardzo przypadły do gustu moje piosenki, zachęciła mnie, żeby coś z tym zrobić. Gdy tylko wróciliśmy do Warszawy zaczęliśmy spotykać się na próbach, rozglądać za open mic’ami… Zresztą pierwszy taki open mic’owy wieczór, na którym wystąpiliśmy organizowała Agata Karczewska oraz Kasia Sienkiewicz, przyszła połowa duetu Kwiat Jabłoni. Wszystko wydarzyło się trochę przypadkiem, od pierwszego open mic’u, pierwszych koncertów, pozyskania Dominika Frankiewicza, naszego wiolonczelisty, Kacpra Majewskiego, naszego perkusisty… To wszystko rozwinęło się organicznie, ale naprawdę nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że ja będę się zajmował muzyką. Życie czasem zaskakuje.
AM: No ładnie! Dziewczyna pojechała odpocząć, a ty od razu wkręcasz ją w zespół! Daj jej trochę odetchnąć! *Śmiech*
Dokładnie! Też mi urlop!
AM: Wiem, że sam nauczyłeś się grać na gitarze, a od kiedy piszesz teksty?
Zaczęło się chyba na początku studiów. Myślę, że od około 6 lat.
AM: Zaskoczyłeś mnie w bardzo pozytywnym sensie, bo one są na tyle dopracowane i dojrzałe, że miałam wrażenie, że piszesz je od zawsze.
Bardzo miło to słyszeć. Chciałbym zwrócić uwagę na jedną ciekawą rzecz dotyczącą tych tekstów. Otóż, przez jakieś pięć z tych sześciu lat pisałem po angielsku. W ogóle nie wyobrażałem sobie pisania w innym języku. Co zresztą chyba jest dość częste. Muzycy często mówią, że polski jest taki trudny, że odsłania różne banały i ja też się bardzo długo broniłem. Tak naprawdę to, że mogę pisać po polsku odkryłem w ciągu ostatnich 2 lat.
AM: Ktoś Cię do tego pchnął czy to wyszło naturalnie?
Zdecydowanie ktoś mnie w to pchnął *śmiech*. Podczas tych różnych prób wydawania muzyki widziałem, że drzwi dla zespołów, które śpiewają po angielsku są bardzo ciężkie do sforsowania. Wielokrotnie spotykałem się ze stwierdzeniem, że gramy fajną muzykę, ale dlaczego nie po polsku. I to był pierwszy impuls. Natomiast to co zmieniło się potem we mnie to to, że kiedy już spróbowałem, zobaczyłem, że to daje zupełnie inne możliwości ekspresji. To czego się wcześniej bałem, czyli że tekst przesadnie odsłania emocjonalnie, może też być szansą. Można powiedzieć coś naprawdę szczerego, wyjść poza sam rym i to co dobrze brzmi, a opowiedzieć coś więcej, jakąś poruszającą historię, podzielić się czymś uniwersalnym. Teraz, kiedy już to wiem, nie umiem wyobrazić sobie pisania inaczej niż po polsku.
AM: A propos odsłaniania… Bardzo mnie intryguje wybór jednego z singli. Mam na myśli Nie Wyjadę. To jest niesamowicie osobisty utwór, wybór takiego singla, który potencjalnie usłyszy bardzo wielu ludzi, jest odważny. Mogliście wybrać wszystko, dlaczego akurat to?
Moim zdaniem ludzie są głodni autentyczności. Odnoszę takie wrażenie, że dzisiaj często i stacje radiowe i zespoły idą tym tropem, że lepiej wybierać coś co jest gładkie, przyjemne i lekkostrawne. Ja z kolei myślę, że gdy coś jest prawdziwe, a niekoniecznie łatwe, porusza w ludziach zupełnie inne struny. Ten utwór to jest historia bohatera, który przeżywa stratę. To coś bardzo uniwersalnego. To był oczywiście ryzykowny wybór singiel. Raz, że trudny. Dwa, że nigdy nie graliśmy go na żywo. Ale czuliśmy, że ten utwór jest ważny i domaga się tego, żeby go bardziej wyeksponować. co ciekawe, do tej pory jest najchętniej słuchanym utworem z naszej płyty na Spotify.
AM: A masz na tej płycie jakiś utwór, który dla Ciebie osobiście jest bardzo szczególny?
To bardzo trudne pytanie, bo te piosenki pochodzą z bardzo różnych etapów naszego życia jako zespołu. Niektóre z tych emocji są już dawno za nami, ale na różnych etapach były dla nas ważne. Mógłbym to raczej odwrócić i powiedzieć, że nie ma tam ani jednej piosenki, która byłaby mi obojętna. One wszystkie stanowią dla mnie ilustrację różnych stanów, które nam towarzyszyły po drodze. Bardzo lubię utwór “1000 lat”, który powstał jako ostatni na płycie, po wielu próbach przepisywania i przearanżowywania.
AM: Z czystej ciekawości, pamiętasz która powstała pierwsza?
Tak, choć zaszła w niej duża zmiana. Pierwsza piosenka na płycie, czyli “Duchy” to utwór, który pierwotnie wykonywaliśmy w języku angielskim i jest to jedna z pierwszych piosenek, które w ogóle kiedykolwiek napisałem. W międzyczasie została przetłumaczona i zyskała dla mnie nowe znaczenie. Stała się trochę bardziej fatalistyczna *śmiech*, nabrała jakiegoś trudnego do nazwania ciężaru.
AM: Gdybyście kiedyś planowali poszerzyć ten materiał to może fajnie byłoby dodać te angielskie wersje, choćby po to, żeby zobaczyć tę ewolucję.
Tak. Jest kilka utworów po angielsku, z którymi żal było nam się rozstawać. Ale skoro powstała nowa koncepcja i mieliśmy polski materiał to stwierdziliśmy – “trudno”. Sam czasem myślę, że jeszcze warto byłoby do nich wrócić. Mamy nawet takie sygnały od fanów, którzy po zobaczeniu tracklisty domagali się niektórych starych kompozycji. Kto wie…
AM: Mówisz, że mieliście już wcześniej prawie gotową płytę, która się nie ukazała i część z tego materiału jest na nowym krążku. Jak to wygląda procentowo. To jest pół na pół czy więcej, a może mniej?
Zdecydowanie mniej. Finalnie to są może dwie czy trzy piosenki, które i tak są zaaranżowane i nagrane zupełnie od nowa. To co bardzo mi się podobało w procesie powstawania tej płyty to to, że plan był inny. Właściwie mieliśmy nagrać materiał, który już kiedyś został zarejestrowany. Po prostu jeszcze raz, lepiej. Natomiast w międzyczasie pisałem nowe utwory, tłumaczyłem stare z angielskiego. Na próbach i w studio wymyślaliśmy nowe aranżacje. I tak, poza małymi wyjątkami, powstał właściwie zupełnie nowy materiał.
AM: Wróćmy jeszcze na chwilę do singli, bo muszę zapytać o teledysk do Tańczyć. Jest bardzo ciekawy i bardzo w klimacie retro. Skąd taka wizja?
Tu byliśmy prowadzeni właściwie przez samą fabułę piosenki. Gdy ją pisałem, miałem w głowie obraz takiego właśnie dancingu. Tak jakbyśmy my mieli być orkiestrą dancingową, która gra i obserwuje fabułę, która rozgrywa się na naszych oczach. Tak sobie to wyobrażałem. Skąd pomysł na retro? Sama ta miłosna fabuła jest trochę niedzisiejsza. To jest piosenka o poznaniu się dwójki trochę nieporadnych ludzki. Dużo w niej takiej młodzieńczej naiwności, marzycielstwa. Kiedy opowiedziałem o tej piosence Oli Hulbój, z którą robiliśmy ten teledysk, ona jakoś instynktownie złapała ten klimat i zaczęliśmy się przerzucać inspiracjami filmowymi. I tak wyewoluowało nam to w bal maskowy.
AM: Ty jesteś w zespole odpowiedzialny za teksty. A jak jest z muzyką?
Zazwyczaj jest tak, że ja piszę piosenki w domu, sam, z gitarą. Można powiedzieć, że po mojej stronie jest struktura piosenek, melodie. Natomiast potem spotykamy się z zespołem i aranżujemy je razem. I to jest taki moment, w którym te utwory szalenie zyskują. Uwielbiam proces aranżowania, ponieważ to nie jest tylko kwestia rozpisania partii poszczególnych instrumentów, tylko też wzajemnej inspiracji. Bardzo często wygląda to tak, że ja jako niekształcony muzyk opowiadam o tym co muzycznie chciałbym osiągnąć, ale językiem skojarzeń czy metafor. I to zawsze jest fantastyczne jak kształceni muzycy, którzy mają w głowie całą teorię, mają niesamowitą wrażliwość i wszechstronność słuchają tych moich skojarzeń i tłumaczą je na język muzyki.
AM: A pozwalasz innym zmieniać swoje teksty?
Nie pozwalam *śmiech*. Ale nie wynika to z dyktatorskich zapędów tylko z tego, że zespół chyba mi ufa i nie ma nawet takich ambicji, żeby w to wkraczać. Przyjmuję od nich sugestie i wrażenia, ale teksty to moja domena i gdy przynoszę coś gotowego na próbę, raczej się to już nie zmienia.
AM: Zaczynałeś pisać po angielsku, teraz piszesz po polsku. To dwa zupełnie różne doświadczenia. Jakbyś je porównał?
To bardzo ciekawe pytanie. Sam często się nad tym zastanawiam. Myślę, że angielski wiele wybacza. Nie czujemy w nim banału rymów, jesteśmy osłuchani z różnymi skojarzeniami. Po angielsku było mi dużo prościej pisać, bo nawet tam gdzie koncepcja nie była jeszcze idealna to tekst i tak świetnie pasował. Trochę tak jak gdyby wokal był po prostu kolejnym instrumentem. Liczył się bardziej rytm słów, z którym w angielskim idzie dużo prościej. Polski natomiast demaskuje wszystkie niedociągnięcia. Proces pisania po polsku składa się u mnie przede wszystkim z długiej fazy koncepcyjnej. Co chcę powiedzieć, jakimi środkami, po co. Wcześniej aż tyle nad tym nie rozmyślałem.
AM: Mam wrażenie, że po polsku łatwiej wpaść w taki patos i wielkie, ciężkie słowa.
Zdecydowanie tak. Między innymi dlatego broniłem się przed tekstami po polsku, bo bałem się, że te teksty będą pretensjonalne, nadęte. Jestem bardzo wyczulony na to w swoich tekstach. One powstają długo i jestem wobec siebie bardzo krytyczny. Niektóre teksty powstają nawet latami – zaczęte, przerwane w pół słowa powoli sobie dojrzewają. Nie jest to chyba najefektywniejsza metoda, ale wierzę, że działa.
AM: Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę i raz jeszcze gratuluję świetnej płyty!
Bardzo dziękuję!

