Site icon All About Music

Rozen – Rozen (2021), recenzja Piotra Krajewskiego

Folk bije rekordy popularności za granicą. Słynące z niego Stany Zjednoczone mogą pochwalić się setkami świetnych zespołów grających ten gatunek. Choć to na pozór przyjemna i bardzo przystępna muzyka, to za ładnymi melodiami niekiedy kryje się słodko-gorzki tekst. Coraz głośniej słyszymy również polski folk, a jednym z jego nowych i istotnych głosów jest zespół Rozen. Właśnie ukazała się ich debiutancka płyta.

Polski folk to wciąż nisza, muzyczny obszar, o którego istnieniu nie jest świadomych wielu polskich słuchaczy. A mamy czym się pochwalić. Niebywały sukces komercyjny odnosi ostatnio Kwiat Jabłoni, spore uznanie zyskała także debiutująca niedawno pod pseudonimem Ofelia Iga Krefft, dużo dobrego można powiedzieć również o świetnie śpiewającej po angielsku Agacie Karczewskiej.

Teraz przyszła pora na zespół z męskim wokalem. Na naszym rynku muzycznym debiutuje właśnie grupa Rozen, którą tworzą Andrzej Rozen, Karolina Matuszkiewicz, Dominik Frankiewicz i Kacper Majewski.

Ich muzykę można określić jako mieszankę indie folku i popowej przebojowości. Pierwsza płyta zaskakuje różnorodnością dźwięków oraz niesamowitym bogactwem instrumentalnym (m.in. gitara, perkusja, skrzypce, wiolonczela), które bardzo udanie łączą się z intrygującymi i poetyckimi tekstami.

Słychać, że grupa czerpie garściami z najsłynniejszych folkowych zespołów świata. Choć czuć tu echa wielkich hitów Mumford & Sons, The Lumineers, Edward Sharpe & the Magnetic Zeros czy Of Monsters and Men, Rozen nie tracą tożsamości, odważnie pokazują swoją folkową odsłonę i do każdego utworu dodają własny pierwiastek.

Niesamowicie żywiołowy i mocno mumfordowy Cień, nostalgiczne i sentymentalne Nie wyjadę, minimalistycznie gitarowa i wyjęta niczym z albumu zespołu Wesleya Schultza Katastrofa, pozytywny i chyba najbardziej popowy na płycie Lepszy ląd, tajemnicza i niekiedy mocno oniryczna Kara, dynamicznie budujące napięcie Duchy czy wcale nie taka cicha Tylko cisza, która kipi od bogactwa dźwiękowego i zachwyca pięknym finałem z instrumentami dętymi. Spragnieni folku w języku angielskim? Proszę bardzo, bonusowy utwór Oh My Darling przynosi powiew Zachodu.

Jest lirycznie, ale i przebojowo. Nostalgicznie i energetycznie. Senna melancholia spotyka się tu z przyjemnie zaakcentowanym instrumentami melodyjnym pazurem. Choć może na pozór folk wydaje się gatunkiem jednolitym brzmieniowo, płyta Rozen ma mnóstwo twarzy. Posiada też niezwykle istotny element, w szczególności w kontekście debiutującej grupy. Jest spójna brzmieniowo, przemyślana i zrobiona bez pośpiechu, z pomysłem, również jeżeli chodzi o warstwę wizualną. Ta muzyka ma duszę i prawdziwe emocje, a to coś, co jest zawsze w cenie. Zwłaszcza dziś, kiedy hit z list przebojów możesz zrobić w pięć minut, bez wkładania w niego jakichkolwiek większych uczuć.

Teksty w naszym rodzimym języku robią tu świetną robotę. To prawdziwy dowód na to, że folk po polsku może brzmieć jak najlepsze przeboje zza oceanu, a „ukrywanie się” za angielskimi słowami wcale nie jest potrzebne. Co więcej, polskie słowa dają jeszcze większe pole do interpretacji. Warstwa liryczna to atut Rozen, który z czasem może stać się ich marką. Teksty intrygują, bo są pełne różnych historii. Miłość, niepewność, strata, tęsknota, nadzieja. Każdy utwór to inna, uniwersalna i otwarta opowieść, która natychmiast w ciebie uderza, sprawia, że zaczynasz się zastanawiać nad sobą, porównujesz ją ze swoimi przeżyciami. Indywidualne i zbiorowe doświadczenie jednocześnie. Niekiedy album przywołuje trudniejsze wspomnienia, skłania do refleksji, może nawet rozdrapuje stare rany z przeszłości. Ale to przecież nic złego, bo muzyka to najlepsza terapia na wszystko.

Aż trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z debiutem. Rozen brzmi jak dojrzały i doświadczony polski band. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, bo grupa przyjaciół długo pracowała, aby wydać pierwszą płytę. Ich album to prawdziwa instrumentalna uczta nastawiona na melodię, emocje i opowieść. Paleta folkowych brzmień o różnych odcieniach, które ze sobą współgrają. Wszystko jest zrobione ze smakiem. Świetnie zaśpiewane, zagrane i wyprodukowane. Rozen wypełnili lukę i odsłonili następną kartę w historii wciąż niszowego gatunku w Polsce, ostatnio jednak pięknie rosnącego w siłę. Ich debiutancki krążek to dla polskiego folku ważny kolejny krok, który może pomóc i dodać skrzydeł innym młodym polskim zespołom marzącym o graniu niczym słynni Mumfordzi.

Exit mobile version