Wydawać by się mogło, że to kolejny romantyczny film o trochę dramatycznym zabarwieniu. Okazuje się, że to tylko pozory, a tak naprawdę mocno chwyta za serce. Mam tutaj na myśli zarówno soundtrack jak i cały film.
Nie da się ukryć, że te kilkadziesiąt minut spędzonych w towarzystwie Lady Gagi i Bradleya Coopera to wyjątkowy czas – pełen emocji i wzruszeń. Nikt o wrażliwym sercu nie przejdzie obok tego filmu obojętnie. Niewątpliwie jest to historia ogromnej, lecz trudnej miłości. W tle poruszonych zostało wiele około muzycznych wątków. Całość została wzbogacona o niesamowicie piękny soundtrack, potęgujący te wszystkie wrażenia. Czy jest ktoś, kto nie zna utworu Shallow? Nie sądzę, piosenka przecież osiągnęła niesamowity sukces medialny.
Skoro już jesteśmy przy części muzycznej to chciałabym okazać swój zachwyt rolą Lady Gagi. W żaden sposób nie będę ukrywać, że do tej pory nieszczególnie imponowała mi jej muzyczna działalność. Jednak za sprawą filmu pokazała zupełnie inne, dla mnie na pewno bardziej przystępne, oblicze. Chciałabym, aby w solowej karierze także zrobiła krok ku naturalności, biorąc przykład z Ally (lecz tylko z początku filmu). Nie można też nie wspomnieć o znakomitej roli jaką zagrał Bradley Cooper. Podjął się wyzwania, by sam zagrać postać w 100% łącznie z częściami muzycznymi. Trzeba przyznać, że gdyby tylko chciał to w prawdziwym życiu również ma szanse, by zostać gwiazdą rocka.
Wracając do głównego wątku, jest to historia wielkiej miłości. Być może zbyt wielkiej, by mogła przetrwać. Ally i Jackson mimo ogromnego uczucia nie zawsze potrafili żyć ze sobą, a bez siebie tym bardziej. Sytuacja bez wyjścia? Być może. W każdym razie nawzajem byli dla siebie całym światem. Połączyła ich miłość do muzyki – oboje kochali sposób, w jaki to drugie słyszy dźwięki otaczającego świata.
Zanim się spotkali każde z nich wiodło życie w innej rzeczywistości, borykali się z innymi problemami. Ona choć ma ogromy talent, nie pokazuje go światu. Zamiast tego każdy wieczór spędza w pracy jako kelnerka. On mimo wielkiej kariery nie jest szczęśliwy. Życie doświadczyło go już nie raz, przez co ma problemy z uzależnieniem. Powoli traci słuch, co musi być dla muzyka końcem świata. Razem mają okazję odmienić swój los. Ona zyskuje mentora, prowadzącego przez kręte drogi kariery, a on natomiast oparcie w niełatwym życiu. Łączy ich miłość do siebie nawzajem, a także i do muzyki.
Wszystko zaczęło się jak w bajce. Popularny na światową skalę rockman zakochuje się w skromnej dziewczynie. By było jeszcze ciekawiej, poznają się w klubie podczas jej wokalnego występu z piosenką Edith Piaf. On od razu dostrzega w niej coś wyjątkowego. Na początku zakochuje się w jej głosie, potem w niej samej. Krótko potem zupełnie niespodziewanie zrobił z niej gwiazdę. Już nie tylko oni kochali siebie, ale pokochał ich świat, najbardziej za przebój Shallow. To dzięki niemu osiągnęła tak wielki sukces. Problemem jest jednak to, że w momencie gdy Ally dopiero pnie się ku karierze, Maine już powoli przygasa i musi stanąć w jej cieniu.
Dość obrazowo przedstawiono także problemy świata fonograficznego. Konkretnie to, czego artyści powinni się wystrzegać, a przynajmniej podchodzić z dystansem. Mam tutaj na myśli władzę nad twórcami, jaką przejmuje wytwórnia. Z skromnej dziewczyny, wręcz czarującej głosem i naturalnością, stworzyli kogoś zupełnie innego – prawdziwą gwiazdę. I tutaj nasuwają się pytania: czy ona naprawdę tego chciała? Czy dalej była sobą? Czy wolałaby pozostać muzykiem czy przerodzić się w gwiazdę? Przed spotkaniem z wytwórnią i menadżerem jej największym atutem był silny głos, a jej muzyka broniła się sama. Krótko potem jej występy zamieniły się w najprawdziwsze show, pełne brokatu, blasku fleszy i tancerek kradnących uwagę od muzyki. Nawet w filmowym soundtracku twórczość Ally można podzielić na dwa etapy – przed i po podpisaniu kontraktu. A jak to jest w prawdziwym świecie? To muzyka jest najważniejsza czy jej otoczka? Film w subtelny sposób pokazał, jak trudno jest zachować swoją naturalność w zderzeniu z machiną show-biznesu.
Zaczęło się jak w bajce, ale skończyło bez happy endu. Piękna miłość napotkała na swojej drodze wiele trudności, chociaż oboje razem przeżyli najpiękniejsze chwile swojego życia. Najlepszym podsumowaniem całości jest zdanie, które pada już na sam koniec filmu: „Muzyka to dwanaście nut w oktawie… Wszystko, co artysta może zaoferować światu to pokazać jak widzi te dwanaście dźwięków. I tyle”. Te kilka słów pokazuje, jak muzyka może być istotna nie tylko dla artystów, ale i dla otoczenia. Dla Jacksona Maina niewątpliwie te dwanaście dźwięków, na spółkę z Ally, były całym światem.



