Muzyczny powrót do czasów, gdy pop-punk święcił największe triumfy. Tak można w skrócie opisać koncert All Time Low, który odbył się 8 lutego w warszawskiej Stodole. Był to już trzeci występ zespołu w Polsce i po raz kolejny udowodnili, że czują się tu jak w domu.
Od pierwszych minut było wiadomo, że wieczór upłynie nie tylko pod znakiem energetycznej muzyki, ale i charakterystycznego dla zespołu humoru. Nie zabrakło śmiesznych anegdotek i żartów wymienianych między muzykami. Artyści przyznali nawet, że bardzo podoba im się fakt, iż Polska tak długo utrzymuje świąteczną atmosferę. Podczas ich wizyty na początku lutego wciąż można było dostrzec bożonarodzeniowe dekoracje, co stało się pretekstem do kilku scenicznych komentarzy.
Show rozpoczęło się jednak od drobnej wpadki. Do oka wokalisty, Alexa Gaskartha, coś wpadło, przez co na chwilę trzeba było przerwać występ. Wtedy gitarzysta Jack Barakat zaczął zagadywać publikę. Sytuację szybko opanowano, a incydent stał się kolejnym elementem budującym luźną, bezpośrednią atmosferę koncertu.
Pod względem muzycznym nie można było mieć żadnych zastrzeżeń. Zespół zagrał z ogromną energią zarówno swoje stare, dobrze znane hity, jak i utwory z najnowszego albumu Everyone’s Talking. Największą furorę wywołał oczywiście moment wspólnego śpiewania Dear Maria, Count Me In. Jest to najbardziej popularny utwór zespołu, który ma ponad 90 milionów wyświetleń na YouTubie. Jest to ikoniczna piosenka dla fanów muzyki emo, należąca do samej kategorii co utwory King for a Day Pierce The Veil czy I Write Sins Not Tragedies Panic! at the Disco.
W stworzeniu tego wyjątkowego widowiska wsparli ich goście specjalni: Taylor Acorn oraz Mayday Parade. Oboje mieli okazję zaśpiewać u boku headlinera, co spotkało się z entuzjastyczną reakcją fanów i dodało koncertowi jeszcze więcej emocji.
Atmosfera beztroskiej zabawy była wyczuwalna przez cały wieczór. W końcu pop-punk to coś więcej niż gatunek muzyczny. Jest to pozwolenie sobie na dojście do głosu swojego wewnętrznego dziecka, na szczery śmiech, skakanie i śpiewanie z całych sił.
Na sam koniec na scenie pojawił się wielki nadmuchiwany ludek, który stał się jednym z najbardziej zapamiętanych elementów finału. Gitarzysta i wokalista, Jack Barakat, nawet się do niego przytulił, żegnając się z publicznością w charakterystycznym dla siebie żartobliwym stylu.
Wydarzenie zostało zorganizowane przez Live Nation, a sam koncert był nie tylko sentymentalną podróżą do przeszłości, ale też dowodem na to, że pop-punk wciąż ma się świetnie. Zespół przyciągnął naprawdę duże i wierne grono fanów.

