Woodkid – Desierto (Original Motion Picture Score) (2016), recenzja Joanny Gulewicz

Tego Francuza większość z was zna przede wszystkim jako reżysera teledysków Lany Del Rey czy Katy Perry, dla mnie jednak prawdziwą wartość zaprezentował dopiero jako muzyk. Jego debiutancki album The Golden Age błyskawicznie przebił się na najwyższe pozycje rankingów sprzedawanych albumów, samemu artyście zaś otworzył wiele dróg. Po ogromnym sukcesie debiutu Woodkid wraca z czymś, czego nikt z nas się nie spodziewał – pełnym soundtrackiem do meksykańskiego thrilleru Desierto, o tym samym tytule. Zapraszam do lektury!

Na wstępie muszę was z góry uprzedzić, że o ile takie kompozycje jak I Love You, czy Brooklyn poza sferą instrumentalną miały bardzo mocne oparcie w ścieżce wokalnej, w wypadku Desierto, jak już pewnie się domyślacie będziemy mieli do czynienia przede wszystkim z muzyką stricte instrumentalną.

Krążek otwiera odurzający, liryczny singiel Land of All. Kompozycja bazuje na subtelnej, acz zdecydowanej linii klawiszy oraz towarzyszącym im pół-nuconym, pół-szeptanym, tak bardzo charakterystycznym dla tego artysty głosem. Dzięki temu, że fortepian trzyma się jednostajnej, łagodnej melodii, na plan pierwszy wybija się wokal. Wraz z rozwojem kawałka pojawiają się kolejne instrumenty i efekty – smyczki, szepty, echa ale wszystko zostaje wprowadzone na tyle delikatnie, by nie odbierać pozycji wiodącej wokalowi. Pod koniec nieoczekiwanie wzrasta natężenie i moc dźwięku, wokal ulega wyciszeniu a dźwięki eksplodują. Wszystko po to, by całość zamknąć harmonijnym, łagodnym nuceniem. Coś pięknego! Właściwie tutaj rozpoczyna się i kończy część traktująca o utworach  zawierających głos – od tej pory będzie instrumentalnie i bardzo nastrojowo. Gotowi?

Jak już zapewne się domyślacie soundtrack, bazujący na kompozycjach stricte instrumentalnych będzie musiał bardzo mocno operować nastrojem, aurą muzyczną, subtelnie moderować dźwięk, tak by nie zniszczyć zbudowanej kompozycji. Właśnie tak przedstawia się kompozycja The Frontier – delikatne zmiany tonacji, niewielkie skoki wysokości dźwięku, niespieszna linia melodyczna. Jest lirycznie i z wdziękiem. Pewnie już zdążyliście się zniecierpliwić – same nudne, instrumentalne kawałki… Otóż nie. Shoot Them Down zgodnie z tytułem, poraża zgrzytem smyczków, napiętą linią bębnów. Mnogość elementów i ich pozorna dysharmonia z całą pewnością w całości stanowią jeden z najciekawszych utworów na całym albumie. Mnie w każdym razie całkowicie poraża!

Również Tracker trzyma się gęstej, mrocznej stylistyki swego poprzednika. Jest niepokojąco, ciemno, dziko. To jeden z tych utworów, których muzyczna lektura sprawia, że spodziewamy się najgorszego. Czyli czego dokładnie? Z odpowiedzią przyjdzie Jump. Tempo gwałtownie wzrasta, efekty mnożą się w dzikim, nie to plemiennym, ni to mechanicznym tańcu o silnym i bardzo ściśle zachowywanym rytmie. Im dalej w utwór tym więcej dźwięków i tym stają się mocniejsze, by pod koniec niespodziewanie zapaść się w ciszę. Mimo wszystko pewnie mieliście nadzieję, że ta cisza będzie powrotem w jakieś ciepłe i kołyszące brzmienia? Znów błąd! Z ciszy wyłania się The Ridge i wszystko ponownie gęstnieje. Jest szybko, niebezpiecznie i bardzo plemiennie.

Sytuacja diametralnie zmienia się w Dusk Talks. Kompozycję otwierają niespieszne, minorowe smyczki, przywodzące brzmieniem na myśl orszak pogrzebowy. Robi się cicho, molowo i bardzo samotnie. Całość została wsparta na efekcie, mającym naśladować dźwięk morskich fal, co dodatkowo potęguje depresyjną aurę utworu. Pierwsze dźwięki False Hopes ponownie stawiają nas w stan gotowości. Niby nic takiego – szczypta nieokiełznanych dźwięków, to tu , to tam nie do końca trzymających się konkretnej, powtarzalnej melodii. Dajcie jednak sobie i temu utworowi dwie minuty a ta niepozorna szczypta dźwięków nagle wybuchnie z Waszych głośników nieoczekiwaną muzyczną strzelaniną. Leżycie? To lepiej jeszcze nie wstawajcie… Mimo, że Flare Gun pozornie nieco spuszcza z tonu, nastrój niepokoju i jadowitości nie odstępuje go na krok. Podobnie będziecie się czuli po lekturze Web of Thorns.

Jeśli wciąż leżycie bez sił, to prawdopodobnie całkiem dobrze odnajdziecie się w pogrzebowym nastroju Sam and Moises i zamykającym album Que Te Mate el Desierto. Niepokojące a zarazem pełne złowróżbnego, bardzo mrocznego nastroju dźwięki kompozycji mają w sobie coś takiego, co wręcz nie pozwoli Wam się podnieść podczas odsłuchu. Mnie w każdym razie zupełnie unieruchomiły na dobrych kilka minut.

Muszę przyznać, że kiedy siadałam do odsłuchu krążka nie wiedziałam jeszcze, że będę miała do czynienia z soundtrackiem. Ta informacja wprowadziła mnie w niemałe zakłopotanie – Woodkida do tej pory kojarzyłam co prawda z muzyką instrumentalną ale bazującą przede wszystkim na bardzo mocnej pozycji głosu, który w przypadku tego artysty podwaja znaczenie każdego utworu. Po lekturze całego krążku muszę Wam wyznać, że ani przez chwilę nie zatęskniłam do tego głosu i choć oczywiście muzyka z linią wokalną jest znacznie łatwiejsza w odbiorze, w tym wypadku warto pokusić się o wytężenie umysłu i wyprawić się w muzyczną podróż przez dziką, niezmierzoną „pustynię” razem z Woodkidem. Jeden z ciekawszych soundtracków, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia!

Czytaj również