Cóż to był za koncert! Magiczny, wyjątkowy i niezapomniany to tylko początek listy przymiotników, jakimi można opisać to co wydarzyło się wczoraj w łódzkiej Atlas Arenie, podczas koncertu Florence + The Machine. A działo się naprawdę wiele.

Podekscytowani fani zbierali się pod areną już od świtu. Wszystko po to, by znaleźć się jak najbliżej swojej idolki, rudowłosej frontmanki grupy Florence + The Machine. Punktualnie o godzinie 20 na scenie pojawił się support – męskie trio Young Fathers, pochodzące ze Szkocji. Muzycy przywitali fanów dawką autorskiej elektroniki, którą rozgrzali publiczność, umilając przy tym oczekiwanie. Wybór ich na support był strzałem w dziesiątkę, bowiem okazali naprawdę rewelacyjni!
Zespół wkroczył na scenę kwadrans po 21. W akompaniamencie aplauzu zgromadzonych fanów, Florence rozpoczęła występ od kompozycji znanych z najnowszego albumu High As Hope. To właśnie w ramach jego promocji, zespół ruszył w trasę koncertową. Najpierw zaśpiewała wzruszającą balladę June, a później energiczne Hunger. Później przyszedł czas na wieloletnie klasyki – moje ukochane, emanujące pozytywną energią Between Two Lungs, otwierające album Ceremonials Only If For a Night oraz wzruszające Queen Of Peace. Podczas występu wokalistka wirowała po scenie, powiewając długą, rudą sukienką idealnie komponującą się z odcieniem jej włosów. Raz po raz łapała kontakt w widownią, a to schodząc do nas bliżej, a to opowiadając o swoich inspiracjach. Przed wykonaniem South London Forever podzieliła się sentymentem do miejsca, w którym pochodzi, podkreśliła jednak, że czuje się Europejką i zależy jej na jedności wszystkich mieszkańców kontynentu. Następną piosenką była Patricia, utwór zadedykowany wielkiej kobiecie Rock’N’Rolla, a prywatnie przyjaciółce Florence, Patti Smith.
Doskonałą robotę wykonał polski fanklub zespołu, przygotowując szereg akcji koncertowych. Pasmo sukcesów rozpoczęło się przy najnowszym kawałku grupy, Moderation. Piosenka była wykonywana na żywo przed oficjalną premierą, dlatego zespół ukrywał jej tytuł, za każdym razem zmieniając go na setliście. Polscy słuchacze w humorystyczny sposób odnieśli się do tego zwyczaju, tworząc przeróżne kombinacje wyrazów, zakończone na „-ation”. Udało się! Florence dostrzegła nasze zaangażowanie i z rozbawieniem odnosiła się do słów, które wybrali jej fani. Najbardziej spektakularnie udała się akcja ,,Stars Do Not Take Sides”, gdy przed piosenką Cosmic Love wokalistka poprosiła o zapalenie latarek w telefonach, Atlas Arena rozbłysła tysiącami różnokolorowych światełek, które zachwyciły członków zespołu. Robert Ackoyrd nie mógł przestać powtarzać ,,Wow!”. Z resztą nie ma w tym niczego dziwnego – efekt fanowskiej współpracy był naprawdę spektakularny. Następną piosenką okazało się 100 Years, podczas którego arena znowu rozbłysła. Tym razem była to akcja ,,We Will Shine A Light”, podczas której w górze znalazły się lampiony stworzone ze zwykłych, papierowych torebek śniadaniowych. Florence była wyraźnie zachwycona współpracą polskich fanów, wielokrotnie dziękując nam za to, że potrafimy zrobić coś razem i podkreślając, że jesteśmy wyjątkowi. Koncert zakończył się dwoma przebojami pochodzącymi z How Big, How Blue, How Beautiful – Delilah oraz What Kind Of Man. To właśnie podczas nich Florence uznała, że ma dość sceny i zbiegła do swoich fanów. Rozdawała uściski i podpisy, weszła nawet na płytę by chociaż przez chwilę potańczyć z obecnymi tam fanami. Ale to jeszcze nie koniec! Mimo że światła na chwilę zgasły, zaraz zespół powrócił by zagrać jeszcze dwie nuty. Padło na wzniosłe Big God oraz zaśpiewane w akustycznie, w akompaniamencie śpiewu fanów, Shake It Out.
To był mój drugi koncert Florence + The Machine. Śmiało mogę powiedzieć, że nie był ostatnim. Gdy koncert minie, nie sposób pozbyć się wrażenia, jakby trwał 20 minut. Zespół stwarza wokół siebie wyjątkową atmosferę, szerząc dobro, wzajemny szacunek i miłość. Doskonały wokal Florence Welch rozgrzałby nawet największego sceptyka muzyki na żywo, a w tekstach utworów kryje się tak wiele piękna, że nie sposób wyrzucić ich z pamięci. Ten koncert był po prostu idealny w każdym calu, a muzyka grupy nie przestaje brzmieć wewnątrz mojej głowy. Nie da się ukryć, że jako fani dołożyliśmy cegiełkę do tego efektu. Przez lata wypracowaliśmy swoją wyjątkową jakość – złoty brokat, kwiaty we włosach i te doskonałe akcje koncertowe, których zespół na pewno nigdy nie zapomni. To właśnie fani tworzą tę nieziemską, niepowtarzalną atmosferę, której nie sposób znaleźć na innych koncertach. Dzięki niej muzycy doskonale się u nas czują, pamiętają o nas i będą wiedzieć, by szybko do nas powrócić. Byle jak najszybciej, bo znów chcę móc odliczać dni do kolejnego spotkania!



