Rok 2014 sprawia póki co wrażenie niezwykle nijakiego i nudnego. Kto miał coś wydać, wydał to w zeszłym roku. Lorde, Robbie Williams, Woodkid, Tarja, nawet Beyonce. A teraz? Na razie wrażenie zrobiła niesamowita przemiana Sophie Ellis-Bextor, natomiast wyczekiwana i w ogóle och ach Hydra Within Temptation rozczarowała. Albumów mimo tego wielu nie było. I w ten oto sposób trafiłem na Williama Fitzsimmonsa. To mało znany amerykański muzyk, którego największym osiągnięciem było umieszczenie dwóch kawałków w serialu Grey’s Anathomy. Teraz wydał album Lions. Przyjrzyjmy się mu bliżej.
Poprzednich albumów muzyka nie znam. A wydał ich sporo – Lions to już jego szóste dzieło. Z tego co jednak przeczytałem, od zawsze tworzył folk oraz indie folk. Czasem dodawał do tego elektroniki, ale na nowym krążku komputerowych brzmień nie uświadczymy. Oprócz śpiewania gra na kilku instrumentach: gitarze (głównie akustycznej), banjo, pianinie, harmonijce klawiszowej, ukulele czy mandolinie. Album Lions stworzył zupełnie sam – napisał teksty, skomponował utwory oraz wykonał wszystkie partie wokalne.
Pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę podczas przesłuchiwania Lions, to klimat albumu. Intymny, delikatny oraz subtelny. Co mnie też ucieszyło, krążek jest bardzo przemyślany. Nie otrzymaliśmy 12 różnych, rozstrzelonych pod względem gatunkowym czy produkcyjnym kawałków. William od początku do końca wiedział, co chciał osiągnąć i nie bał się swojego pomysłu zrealizować. W rezultacie otrzymaliśmy spójny pod względem myśli muzycznej longplay. Taki, którego nie da się słuchać przy zmywaniu naczyń. Taki, z którego nie będzie hitowych singli. Przeciwnie – całą uwagę powinniśmy poświęcić tej płycie, która łatwo w ucho nie wpada.
Moje serce bardzo szybko zdobył singlowy kawałek Fortune. Sprawia wrażenie najbardziej pozytywnego z całego zestawu. Wrażenie to potęgują uderzenia perkusji nadające piosence żywsze tempo. Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie także tekst kompozycji. Szczególnie w pamięć wryło mi się zdanie:
But what I do remember
What I do remember is you
Romantyczne, może ckliwe, ale ładne. Moją uwagę zwróciła także zamykająca album ballada Speak. W przeciwieństwie do pozostałych utworów ograniczono w niej brzmienie gitary akustycznej na rzecz pianina. Dzięki temu utwór sprawia wrażenie bardzo emocjonalnego, przejmującego. Ostatnim kawałkiem, który najbardziej zwrócił moją uwagę, jest tytułowe Lions. Choć melodyjnie nie wyróżnia się spośród pozostałych, przyciągnął mnie wokalem Williama. Brzmi w tym utworze wprost wspaniale. Dysponuje niskim, głębokim głosem i właśnie w Lions użył go najlepiej. Hipnotyzuje słuchacza i nie pozostawia go obojętnym.
Pozostałych piosenek nie udało mi się póki co zapamiętać. Muszę więc korzystać z notatek robionych podczas słuchania albumu. Otwierające płytę Well Enough to ładna, akustyczna piosenka. Już od pierwszych taktów wprowadza nas w klimat całego albumu. Podobnie zresztą jak następujące po niej Josie’s Song. Urzekło mnie Took – nieco szybsze i niezwykle ładne oraz urocze. W Centralia spodobała mi się pojawiająca się na początku solówka gitary elektrycznej. W dalszej części kawałek staje się akustyczny. Trochę szkoda, bo nie miałbym nic przeciwko takiemu ożywieniu. Na zakończenie warto posłuchać jeszcze Brandon, From You czy też Sister. Choć niczym nie zaskakują, zapewniają rozrywkę na wysokim poziomie.
Początkowo longplay Lions bardziej mnie znudził niż zachwycił. Utwory na nim zawarte są do siebie podobne, utrzymane w jednym, zwartym klimacie. Szybko jednak stwierdziłem, że to ich wielki plus. Nowa płyta Williama Fitzsimmonsa to dzieło intymne, folkowe i bardzo relaksujące. Jego jedynym minusem jest mała zjawiskowość. To wszystko słyszeliśmy już wcześniej. Jeśli jednak ktoś nagrywa tak dobrą muzykę (posłuchajcie – koniecznie! – Fortune, Lions, Speak oraz Took), a przy tym ma tak piękny wokal, to nie potrafię się na niego długo gniewać.

