Cassia to zespół z misją, a jest nią rozsiewanie pozytywnych wibracji wszędzie, gdzie się znajdują. Indie-popowe trio wystąpiło w warszawskim klubie BARdzo Bardzo.

Nazwa Cassia pochodzi o rodzaju drewna używanego do produkcji specjalnych bębnów. To właśnie taki instrument przyniósł na jedną z prób perkusista zespołu – pochodzący z miasteczka Macclesfield na północy Anglii muzycy byli tak zafascynowani jego dźwiękiem, że natychmiast postanowili ochrzcić swój zespół na jego cześć.
Cassia, czyli Rob Ellis (gitara i wokal), Lou Cotterill (bas i wokal) oraz Jake Leff (perkusja i wokal) pojawili się na scenie warszawskiego klubu BARdzo Bardzo w ramach europejskiej trasy promującej wydany w kwietniu tego roku debiutancki album Replica. BARdzo Bardzo to właściwie nie tyle klub, co bar z umieszczoną w rogu małą sceną. Obiekt zaczyna organizować jednak coraz więcej koncertów, a do stylowego indie jest jak najbardziej odpowiedni.
Taki też był koncert zespołu Cassia – raczej spokojny, z klasą i porządną dawką pozytywnej energii płynącej z muzyki zespołu, inspirowanej twórczością w stylu Vampire Weekend czy Foals, a z drugiej strony afrojazzem i amerykańskim folkiem. Artyści (na scenie udekorowanej roślinami, które przywieźli ze sobą) zagrali jedenaście utworów plus jeden bis, sięgając przy tym zarówno po swoje starsze single, jak i piosenki z albumu Replica. Rozproszona po sali publiczność, na początku podpierająca ściany i okupująca stoliki, przy trzecim utworze, Movers & Shapers, wreszcie przemieściła się pod scenę i zaczęła tańczyć.
W ramach zjednywania sobie sympatii publiczności, Cassia wykonali cover: dużo lepszą niż oryginał wersję popowego utworu Martina Solveig, Hello. Trudno było również przejść obojętnie obok przebojowego Weekender czy tytułowego singla z albumu Replica.
Tak jak już wspominałam, podczas koncertu nie zabrakło utworów starszych, z samego początku historii zespołu, takich jak Moana czy 100 Times Over. Ten ostatni, jak do tej pory najpopularniejsza piosenka zespołu (prawie 2,5 miliona odtworzeń na Spotify!), Rob Ellis napisał w wieku 17 lat w swoim szkolnym studio. Mimo „sędziwego” wieku utworu, muzycy wykonali go z wielką radością. Jak wszystkie pozostałe zresztą.
Intrygująca instrumentacja, optymistyczne wibracje oraz dobry kontakt z publicznością złożyły się na bardzo udany wieczór z tropikalnym indie w wykonaniu Cassia. Zdecydowanie warto obserwować rozwój zespołu, który proponuje coś bardzo unikalnego na skalę współczesnej sceny muzycznej.

