Whitney – Light Upon the Lake (2016), recenzja Piotra Krajewskiego

0
141

Na amerykańskim rynku muzycznym każdego roku pojawia się wielu debiutantów, którzy liczą na dostrzeżenie i wielką karierę. Niestety, część z nich przepada w gąszczu nowości płytowych. Czasami brakuje im zwyczajnie szczęścia, czasami nie mają nic ciekawego do zaprezentowania. Album Light Upon The Lake zespołu Whitney wywołał niemałą burzę za oceanem i został zauważony przez wielkie redakcje. Dlaczego?

Whitney przekonali do siebie wielu krytyków już za sprawą debiutanckiego singla No Woman – smutnej, smętnej, ale jednocześnie wyjątkowej kompozycji. Nie jest to typowy i oczywisty materiał na pierwszy przedsmak albumu. Nie ma tu mocnych, wyrazistych dźwięków. Nie ma też wielkiego, chwytliwego refrenu. Jest za to niezwykle sentymentalny i melancholijny klimat, który – o dziwo –powoduje, że ciężko oderwać się od tej kompozycji.

Okazuje się, że ta folkowa ballada nie była tylko dziełem przypadku. Album Light Upon The Lake to krótki zbiór dość spokojnych i prostych utworów, ale o jakże bardzo dużej sile oddziaływania na słuchacza. Ten lekki, oscylujący pomiędzy dawnymi nurtami indie rocka i indie folku klimat udziela się natychmiast. To właśnie ten typ płyty, której – nawet jeśli początkowo wydaje Ci się niczym szczególnym – nie jesteś w stanie wyłączyć. Wszystko przez ciepłe oraz przytulne aranżacje, pełne pięknych dźwięków gitar. Takich utworów jak Dave’s Song czy On My Own chce się zwyczajnie słuchać i to najlepiej kilkukrotnie.

Light Upon The Lake to wielka dźwiękowa przestrzeń, która może wywołać w słuchaczu miliony różnych emocji. Radość, smutek, szczęście, melancholia, tęsknota, wzruszenie. To naprawdę spory wyczyn dla debiutującego zespołu, który jest aż tak świadomy tworzonych przez siebie dźwięków. Przy Polly czy Golden Days można spokojnie odpłynąć w krainę zwaną szczęściem – połączenie instrumentów dętych z dźwiękami gitary to czysta magia.

Płyta urzeka swoim dyskretnym minimalizmem. Początkowo można odnieść wrażenie, że utwory są przeładowane różnymi dźwiękami. Whitney stawiają bowiem na wiele instrumentów: fortepian, gitary, smyczki czy chociażby instrumenty dęte. Wszystko jednak jest naprawdę prawidłowo wyważone. Kompozycje są stworzone w taki sposób, aby nie atakować słuchacza dźwiękami, a grzecznie zapraszać do poznania. Amerykanie pokazali, że wiedzą jak dobrze wykorzystać przestrzeń na płycie. W towarzystwie Light Upon The Lake można spokojnie zrelaksować się, odpłynąć, dać ponieść się lekkiej melancholii.

Fani czegoś nieco bardziej energetycznego także nie powinni narzekać. Na albumie znalazło się kilka momentów, gdzie aranżacje idą w stronę up-tempo. Wspomniane wyżej Golden Days, głośniejsze No Matter Where We Go czy wesołe popowe The Falls z niezwykle przyjemnym fortepianem. Wykorzystanie przez zespół dynamiczniejszych aranżacji dopełnia wyjątkowo dobrze cały krążek.

Zdaje sobie sprawę, że wielu osobom przeszkadzać może barwa głosu lidera zespołu Juliena Ehrlicha. Początkowo sam miałem z nim lekki problem. Ten smętny, trochę żałobny i nieco stłumiony wokal zyskuje jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem płyty. Gdyby nie on, Light Upon The Lake nie miałoby tak wyjątkowego nastroju. Kto by pomyślał, że proste historie o miłosnych trudach mogą tak działać na człowieka.

Zespołowi z Chicago udało stworzyć się ciepły, przyjemny i bardzo interesujący album. Wymieszanie Americany, indie rocka, indie folku i amerykańskim klasycznych brzmień rodem z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych stało się kluczem do sukcesu tego debiutu.

Album Light Upon The Lake sprawia, że chce się wyruszyć w daleką podróż przed siebie – najlepiej na bieszczadzkie połoniny lub samochodem wzdłuż wybrzeża w ciepły, letni wieczór. Muzykom z Whitney udało się stworzyć niezwykle eteryczne, urokliwe, jednocześnie bardzo intymne dzieło, które wywołuje nic innego, jak ogromny uśmiech na twarzy. To ten typ płyty, której słucha się aż tak przyjemnie, że nie zdajesz sobie sprawy, iż słuchasz jej już kolejny raz z rzędu. Debiut na piątkę!