White Lies wystąpili w warszawskiej Progresji, relacja Karoliny Mrowiec

0
171


Kiedyś stwierdziłam, że White Lies są właśnie tym zespołem, po których koncercie mogę spokojnie umrzeć. Mimo że Brytyjczycy polubili nasz kraj i stosunkowo często przyjeżdżali tutaj z wizytą, za każdym razem nie było mi dane zobaczyć ich na żywo. I choć aktualnie moja osobista koncertowa bucket list nieznacznie się powiększyła, jestem człowiekiem szczęśliwszym, bo bogatszym o doświadczenia tamtej nocy.

Wybiegłam z zajęć prosto na dworzec, żeby zdążyć na pociąg pędzący w stronę stolicy. Z Krakowa to 4 godziny drogi, w czasie której zdążyło zajść słońce, zrobić się przerażająco zimno i surowo. Trasę zaplanowałam jednak perfekcyjnie. Przede mną tylko 40 minut piechotą z Warszawy Zachodniej, aby przybyć pod klub punktualnie kwadrans przed otwarciem bram. Dość pamiętnika, czas na fakty. Pod Progresją powstała już kolejka najwierniejszych fanów, chcących zająć miejsce pod barierką. Z początku tłum zbierał się dość powoli, ale o 21 cała sala była już wypełniona po brzegi. Zanim to nastąpiło na scenie wystąpił support The Shipyard ze swoją hipnotyzującą muzyką trwającą równe pół godziny, wprowadzając w klimat i potwierdzając, że znajduję się na właściwym koncercie.

Muzycy z Trójmiasta zaprezentowali utwory ze swoich trzech albumów, łącząc gitarowe partie z wykrzykiwanymi chórem kwestiami. Charyzmatyczny wokalista poruszający się rytmicznie w spazmatycznym tańcu prawie jak ucieleśniony na nowo Ian Curtis. Pomyślałam, że nie wyobrażałabym sobie bardziej dopasowanego do wizji tego wieczoru supportu, mimo że nie znałam polskiej grupy wcześniej.

Po przerwie na scenę wyszli muzycy z White Lies. Nie wbiegli, nie wyłonili się z magicznej poświaty tajemnicy, nie zmaterializowali się znikąd. Weszli na scenę jak gdyby nigdy nic, uśmiechnięci i serdeczni, witając się z publicznością podniesioną w górę ręką. Szybko chwycili za instrumenty i rozpoczęli show, od razu wzbudzając na mojej twarzy uśmiech od ucha do ucha. Jakby spełniając marzenie małej dziewczynki, zaprezentowali nie tylko kompozycje z najnowszej, świetnej zresztą płyty Friends, ale cofnęli się w czasie wykonując dawno nie prezentowany na żywo – i mój ukochany utwór – The Price of Love.

Przyznam się, że z natłoku obowiązków i wszechogarniających mnie nowych utworów ze wszystkich stron zaniedbałam gruntowne zapoznanie się z najnowszym albumem grupy. Bez zmartwień, okazało się, że drogi serwis Spotify z każdym piątkiem i radarem premier bombardował mnie kolejnymi piosenkami z krążka, a te zapisały się w głowie, nie uzmysławiając do końca swojego pochodzenia. Słuchając muzyki na żywo znałam już na pamięć każdy fragment. White Lies bezbłędnie wykonali największe hity z trzeciego albumu: zaczynając od Take It Out on Me, Hold Back Your Love, Morning in LA czy Come On podczas bisów. Nie zabrakło oczywiście największych przebojów. Zaprezentowane zostały hity takie jak Farewell to the Fairground, There Goes Our Love Again, Getting Even albo BIG TV. Upragnione przez publiczność Bigger Than Us zwieńczyło występ.

Po raz pierwszy na koncercie z nieproporcjonalną uwagą (nie umniejszając talentowi Harrego McVeigh’a) przyglądałam się nie wokaliście a jego kolegom. Moje serce skradli Charles Cave i Jack Lawrence-Brown, mistrzowsko dzierżący w dłoniach kolejno: gitarę basową i pałeczki perkusyjne. Niesamowita ekspresja z jaką wykonywali swoją pracę za sterami, wzbudziła moją czujność na całość występu. McVeigh jednak, przepełniony entuzjazmem na scenie doskonale operował swoim niewymownym głosem, w którym nie brak było wrażliwości i szczerości. Utożsamiając się z wyśpiewywanymi strofami, wizualizował słowa za pomocą znaków i gestów dłoni.

https://www.instagram.com/p/BMXToVSDhUb/?taken-by=karomro

Ukłon należy się również towarzyszącemu zespołowi na żywo Tommy’emu Bowenowi stojącemu za keyboardem. To on dopełnił muzyczne, rockowe widowisko przepięknymi partiami klawiszowymi, przenoszącymi nas w inny wymiar świadomości.

Fantastycznie było przemieścić się na krótką chwilę w bajkową krainę, którą White Lies przywieźli ze sobą z wysp. Każdy utwór oddelegował mnie osobiście do innego fragmentu życia, gdyż każda osoba płyta zespołu to inna historia i inna podróż. Dzięki temu koncertowi w ciągu półtorej godziny przebyłam podróż w czasie i przestrzeni. Czekałam długo na ten występ, ale zdecydowanie było warto.