White Lies – Friends (2016), recenzja Justyny Rojek

0
296

Kiedy w 2013 roku brytyjski zespół White Lies powrócił z trzecią płytą Big TV chodziły słuchy, iż jest to najlepsze dokonanie grupy. Ścieżka jaką wówczas obrali łącząca synth-dance’owy kierunek z gitarowym brzmieniem, idealnie sprawdzała się na kameralnych koncertach jak i festiwalach muzycznych. W 2016 roku pojawił się ich nowy album Friends i jeśli przyjąć, że czasem lepiej udoskonalić przetarty szlak niż na siłę tworzyć nowe, możemy mówić o kolejnym triumfie zespołu.

Zgodnie z tytułem czwartej płyty główną inspirację w jej tworzeniu stanowiła tematyka przyjaźni. Relacja ta przybiera inny tor kiedy stajemy się starsi, a nasi przyjaciele podejmują życiowe decyzje – śluby, dzieci, przeprowadzki. Pojawiające się wówczas poczucie zmiany nie jest łatwe do zaakceptowania. Z albumem Friends grupa próbuje te wyjątkowe i często trudne relacje międzyludzkie uczynić bardziej przystępnymi.

Wystarczy jedno przesłuchanie najnowszego dzieła White Lies aby z miejsca wytypować najbardziej chwytliwą trójkę. Otwierająca krążek kompozycja Take It Out On Me, to najlepszy wybór na pierwszy singiel. Optymistyczna synth-popowa melodia z wyraźnym ukłonem w stronę lat 80-tych z miejsca porywa. Natomiast odkrywając warstwę liryczną dostaniemy tradycyjnie mroczne klimaty: Och, wyładuj się na mnie, Kocham to uczucie, Bycia wykorzystanym. Hold Back Your Love czyli kolejny kawałek utrzymany w klimacie radosnej melancholii zostaje wzbogacony przodującymi refrenami: Wstrzymaj swoją miłość, wiesz, że mam wątpliwości. Z Is My Love Enough przechodzimy do piosenki z kategorii disco stworzonej z myślą o podbijaniu tanecznych parkietów. Stawiane przez wokalistę na końcu utworu pytanie: Powiedz mi więc, czy ta miłość jest wystarczająca? zostawia słuchacza z pewnym niedosytem.

Kolejne kompozycje może nie zachwycą już taką przebojowością jak poprzedniczki, ale ich bardziej refleksyjny wydźwięk przypomina klimat z którego słynie zespół. Morning In LA z wybijającym się na pierwszy plan gitarowym riffem dotyka problemów nadzwyczaj aktualnych. Poczucie zagubienia wśród gonitwy dnia codziennego przybiera nieznośne rozmiary, tym bardziej gdy kontakt z przyjaciółmi ulega ograniczeniu. Don’t Want To Feel It All wyróżnia środkowa sekwencja w której melodia niesiona do góry, przyśpiesza aby ponownie zanurzyć się w refrenie. Mieszanka klawiszy i gitary w tym wydaniu przynosi ulgę i nieco przestrzeni do przemyśleń.

Smaczku całej płycie dodają dwie piosenki Swing oraz Don’t Fall. Swing ma w sobie taką niejednoznaczność. Dla niektórych dość długie intro z ciężkim syntetyzowanym brzmieniem może wydać się trochę nużące. Dlatego będzie to utwór dla cierpliwych, gdyż to właśnie końcówka wynagrodzi przedłużające się oczekiwania. Natomiast dzięki balladzie Don’t Fall najbardziej czuć wpływ studia Bryana Ferry’ego w którym nagrywał zespół. Wręcz drżący wokal Harry’ego z subtelną melodią w tle nawiązuje do poczynań muzycznych jeszcze z czasów Roxy Music.

Najważniejszym elementem w tworzeniu albumu Friends była swego rodzaju wolność od deadline’ów, kwestii finansowych czy też wskazówek ze strony wytwórni. Mając ten komfort zespół White Lies mógł zaryzykować i postawić na świeży i bardziej nieprzewidywalny materiał. Oczywiście pojawiły się tutaj próby przemycenia nieco nowatorskich brzmień, jednak całość i tak zmierza w kierunku sprawdzonych melodii z Big TV. Nie powinno to jednak stanowić problem, gdyż cała płyta jest przebojowa i lekka w odbiorze. Jedynie dla poszukujących zmiany czwarty album może jawić się jako dylemat – czy White Lies ma szansę nas jeszcze kiedykolwiek zaskoczyć?