White Lies – Big TV (2013), recenzja Szymona Jaremy

Świeży, ale zarazem mało nowatorski zespół z Wielkiej Brytanii o nazwie White Lies wydał swoją najnowszą płytę Big Tv w sierpniu ubiegłego roku. Na arenie muzycznej interpretacji zwykło się ich działalność podpinać pod nowoczesny nurt indie rocka, jednakże taka klasyfikacja nie do końca wyczerpująco potrafiłaby scharakteryzować poczynania omawianego zespołu. Można odnaleźć w nim wiele inspiracji przekazywanych przez reprezentantów różnej światowej muzyki, zazwyczaj dość nietypowej. Przekonajmy się, w jakim stopniu najnowsze wydanie White Lies za pomocą zaprezentowanej wymowy artystycznej może oczarować swoją audiencję.

Postanowiłem zacząć swoją recenzję od ustosunkowania się do partii śpiewanej, którą uważam za jeden z bardziej udanych aspektów działalności White Lies. Mam wrażenie, że wokalista posługuje się barwą głosu zbliżającą się pod mocno gotycki wystrój dźwiękowy i to nie tylko ze względu na jej melancholijną oprawę, ale także i z powodu metodyki brzmieniowej. Jest to pewnego rodzaju połączenie częstotliwości drgań głosu Roberta Jamesa Smitha z The Cure i enigmatycznej aury artykulacji dźwięcznych Ronniego Mooringsa z Clan Of Xymox; a z pewnością można też wyczuć tu trochę elementów włoskiego muzyka Savage. Wreszcie, na krążku można uświadczyć też efekt charakterystycznej nośności akustycznej, która poza wymienionymi artystami widoczna była również w wystąpieniach Iana Curtisa z Joy Division. Wydaje się, że manewry wokalne McVeigh’a nie są zbyt oryginalne i przełomowe, aczkolwiek widać w nich wyraziste odłamy znamienne dla wielu ciekawych artystów gotyckiej muzyki. Z tego powodu oprawę śpiewnej artykulacji uważam za najsilniejszą kartę całego zespołu. Natomiast warstwa tekstowa stanowi pewnego rodzaju konceptualną treść, historia miłości młodej pary, która przeniosła się z małej miejscowości do dużego miasta jest tu kluczowym zagadnieniem. Zatem tematyka wzniosłych uczuć utrwalona na poprzednich albumach White Lies jest nadal podtrzymywana.

 Stylistyka zespołu balansuje gdzieś w obszarze pośrednim między ogładą Depeche Mode, psychodelizmem grupy Gong czy nowoczesnością The Killers. Skala muzyki oferowana przez artystów zachowuje nieco minorową rozpiętość, co może być typowe dla inspiracji wywodzących się dość luźno z maniery uprawianej przez różnych twórców gothic rocka. Trzeba też dodać, iż w wielu wykonaniach White Lies widać charakterystyczne nasilenie elektronicznych aspektów dźwiękowych. Można powiedzieć, że najnowsza płyta zespołu swą melodyką dokonuje pewnej ciągłości biograficznej i nawiązuje formą bardziej do ostatniego albumu grupy Ritual niż do ich debiutującego To Lose My Life. Pierwszy krążek kapeli był mniej nafaszerowany syntezatorami, mocniejsze eksperymenty z samplingiem zaczęły się rozwijać dopiero wraz z nagrywaniem drugiej płyty i pozostały również obecne w najnowszej odsłonie zespołu. Zawsze mam dużo dylematów w przypadku takich miksowanych efektów, bowiem ich rozporządzanie wśród różnych artystów rzadko kiedy potrafi się wpasować kształtem w moje uznanie estetyczne. Elektronika na Big Tv właściwie nie jest przesadnie słodka, ale niekiedy aż  razi swoją dyskotekową oprawą, a naprzykrzające się schematyczne tony w tle piosenek budzą moją olbrzymią niechęć (jest to szczególnie uciążliwe na otwierającym album utworze Big Tv). Jeśli już jakaś grupa rockowa wykorzystuje taką nowoczesność dźwiękową w swoich wydaniach, to moje osobiste preferencje nakazują mi zachwycać się jedynie umiejętnym i oszczędnym jej wykorzystywaniem. By odgłosy syntezatorowe mogły przypaść mi do gustu, to zazwyczaj muszą one być albo nietypowo klimatycznie i zręcznie rozprowadzone, albo też powinny zostać zminimalizowane prawie do przezroczystości. Innymi słowy, nie mogę znieść nieumiarkowania w stosowaniu elektronicznej okrasy i nad wyraz przesadnego podkreślania trakcji syntezatorowych przez muzyków. Należy zachować w umieszczaniu takich ornamentów powściągliwość, w przeciwnym razie bowiem nietrudno o stworzenie mdłej chałtury.

 Dość charakterystyczną elektronikę można uświadczyć chociażby w takich kawałkach jak Big Tv, Getting Even, Tricky to Love czy Change. Tutaj niestety panowie z White Lies nadużyli tych miksujących samplingów, dlatego też według mnie jakość oferowanej muzyki została mocno nadwyrężona. Są co prawda wyjątki w historii muzyki, w których nawet bardzo ostra elektronika była ciekawie i zręcznie połączona z instrumentalną kompozycją (np. kontrowersyjna płyta Engines of Creation Satriani’ego), jednakże do tej grupy z pewnością nie zaliczyłbym ww. wykonań z najnowszego albumu omawianego zespołu. Jaskrawe, sekwencyjne bity mające stanowić podłoże dla w miarę zmanierowanych części wokalnych i mało dynamicznych zagrywek gitarowych są największym mankamentem stylu, który wykazuje muzyka zespołu White Lies na wspomnianych utworach. Myślę, iż grupa będąca twórcą krążka Big Tv próbuje w nich dokonać swoistej syntezy między rockowym futuryzmem w stylu Hawkwind, a elektronicznymi samplami mającymi swym udziałem pogłębić synthpopową wymowę nagrywanych piosenek typową dla niektórych dzieł The Killers. Wolałbym jednak, gdyby cała oprawa tych drażniących syntezatorów skupiła się na bardziej inspirujących tonach, jakimi odznaczyła się chociażby wyjątkowo ambitna grupa industrialna Laibach. Dopiero wtedy szukałbym jakiegoś porozumienia elektroniki ze space rockiem. W przypadku White Lies natomiast, podczas słuchania pojawia się w myślach dużo mniej wyrafinowanych krajobrazów, a osobiście mam zdecydowanie więcej skojarzeń z klubowym disco. Równocześnie uważam, że zespół White Lies cierpi na chroniczny brak wyrafinowanych gitarowych solówek, ale biorąc pod uwagę, że grupa próbuje się poruszać po rejonach indie rockowych kategoryzacji, trudno uznać to za duży minus.

Muszę jednak przyznać, że mnóstwo gitarowych zagrań na albumie potrafi przykuć uwagę słuchacza, aczkolwiek często operują one na jednej zbliżonej trakcji kompozycyjnej, przez co płyta wydaje się być odrobinę monotonna. Co więcej, nie potrafię ukryć zniesmaczenia, gdy widzę ich bliźniacze podobieństwa z poprzednimi dokonaniami grupy (np. Mother Tongue łudząco przypomina utwór To Lose My Life z pierwszej płyty). Jednakowoż na pochwałę zasługują takie wykonania jak utwór Be Your Man czy There Goes Out Love Again, ponieważ ich rockowe ukierunkowanie gitarowych riffów daje dużą muzyczną wybuchowość, natomiast elektroniczne bity zostały tu ograniczone do całkowitego minimum (a przynajmniej nie są zbyt natrętne). Ale już na ścieżce First Time Caller obecność elektroniki została wprawdzie nieco ograniczona, ale przyjmuje ona tak irytującą i schematyczną postać, że ten materiał jest niekiedy bardzo ciężki do wysłuchania. Jednak przy końcu niektórych odśpiewywanych wersetów w tym kawałku pojawia się sporadycznie bardzo interesujące sklejenie kilku dźwięków gitar, które podnoszą znacznie poziom całego wykonania. Przy Goldmine z kolei sekwencyjna trakcja przewijająca się w tle całkowicie psuje receptywność tego wykonania, gdyż ten nieznośny electro bit daje wręcz nużące poczucie rozrywania głowy. Natomiast na The Heaven Can Wait można jeszcze przeboleć jej regularną automatykę, gdyż przynosi ona łagodny i nieco trwożliwy nastrój melodii, dzięki czemu nabiera ona ciekawego klimatu.

Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na dwa krótkie utwory Space I i Space II. Są one krótkimi ścieżkami melodyjnymi, które pełnią w zasadzie rolę subtelnych przerywników między pełnymi piosenkami, zatem zapewne nie należy traktować je jako odrębne kawałki. Stanowią one pewne przeskoczenie, nawet swoją nazwą nawiązują do próżni bądź przerywającej luki. Jednakże zostały one skomponowane w bardzo ciekawej oprawie dźwiękowej i tym samym potrafią dość interesująco oraz hipnotycznie zbudować imaginacyjny klimat w umyśle słuchacza. Są to odrobinę psychodeliczne, wręcz cyberpunkowe kompozycje dźwiękowe i mimo że są bardzo krótkie, potrafią wzbudzić moją aprobatę. Spośród wszystkich wykonań zawartych na płycie, mnie osobiście przyniosły one jedne z najintensywniejszych wrażeń.

Kończąc niniejsze sprawozdanie, nadmienię, że album Big Tv zespołu White Lies choć posiada wiele interesujących motywów i dysponuje niekiedy bardzo energicznymi gitarowymi manewrami, to jednak nie wywarł na mnie jakiegoś miażdżącego wrażenia. Trzeba jednak wziąć pod uwagę fakt, że wspomniana grupa muzyczna w zasadzie dopiero rozpoczęła swoją karierę, więc w ciągu najbliższej dekady może się jeszcze znacząco rozwinąć. Potrafię dostrzec, że kapela posiada duży potencjał warsztatowy, zatem być może wybije się ona jeszcze swoją działalnością ku przestworzom kosmicznego profesjonalizmu. Radziłbym jednak panom z zespołu bardziej skoncentrować się na szlifowaniu sztuki gitarowej, a mniej na elektronicznych dodatkach.

white-lies-big-tv

Czytaj również