Po triumfalnym występie na 68. Konkursie Piosenki Eurowizji nadszedł czas na nowy rozdział w karierze Nemo i oczekiwaną z niecierpliwością trasę koncertową. Choć pierwotnie planowana na wiosnę, ostatecznie dotarła do Polski wraz z nadejściem zimy. Patrząc na to, co wydarzyło się w poznańskiej Tamie, można śmiało stwierdzić: warto było czekać.

Koncert w Poznaniu, zorganizowany przez Live Nation w murach Tamy – miejsca kojarzonego raczej z półświatkiem techno niż eurowizyjnym popem – okazał się nad wyraz intymnym i zaskakująco emocjonalnym doświadczeniem. Był to idealny sprawdzian dla debiutanckiego albumu Arthouse. To podróży w głąb kreatywnej, czułej i euforycznego wnętrza Nemo.
Zanim scenę przejęła gwiazda wieczoru, publiczność rozgrzała Luna. Młoda artystka i sceniczna koleżanka Nemo zabrała słuchaczy w baśniowy świat wróżek i magicznych piosenek. Wśród nich znalazł się również dotąd niepublikowany utwór, z którym pierwotnie miała zgłosić się na Eurowizję. Szkoda, że ostatecznie do tego nie doszło – propozycja zapowiadała się znacznie ciekawiej niż The Tower.
Punktualnie scenę przejęło Nemo. Zapowiedziane przez magiczną lampę, charakterystycznym krokiem wskoczyło na scenę, natychmiast porywając całą salę. Ku małemu rozczarowaniu artysta wystąpił w jednym z prostszych strojów na całej trasie: żółtym tank topie i dżinsach. Paradoksalnie jednak ten minimalizm tylko spotęgował wrażenie autentyczności i pozwolił skupić się na tym, co najważniejsze: emocjach.
A tych nie brakowało. Nemo zagrało materiał z Arthouse od deski do deski. Żaden utwór nie został potraktowany po macoszemu, a setlista została ułożona w wyraźne segmenty, na przemian energetyczne i nostalgiczne. Dokładnie tak, jak sama płyta: kolorowa, zróżnicowana i bardzo osobista.
Na scenie Nemo czuło się jak ryba w wodzie. Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, czy eurowizyjna wygrana była jednorazowym wyskokiem (a tych dosłownych podczas koncertu było naprawdę dużo), mógł je spokojnie zostawić przed wejściem do klubu. Nawet bez kręcącego się talerza od mikrofali artysta promieniał sceniczną pewnością siebie, taką zdobywaną po wielu latach spędzonych w zawodzie.
Wokalnie koncert stał na bardzo wysokim poziomie. Nemo bez wysiłku udowodniło, że triumf w 2024 roku nie był przypadkiem. W utworach jak Ride My Baby czy Easy, a szczególnie w balladach Black Hole i Unexplainable operowy głos wzbijał się na absolutne wyżyny. Kulminacją pozostało The Code – wykonane bez cienia fałszu i z pełnym emocjonalnym ciężarem.
Oczywiście, nie sposób pominąć wyjątkowego konkursu na najlepszą żabę koncertu, zorganizowanego przy okazji wykonu Frog Swamp. Gratulacje dla zwycięskiej osoby, która podążała po Polsce śladami Nemo, oraz dla wszystkich pozostałych, które zostały zauważone (punkowa żabo, byłaś świetna!).
Poznański koncert pokazał, że Arthouse to album stworzony z myślą o scenie, a Nemo zostało stworzone do występowania przed publicznością. Pozostaje trzymać kciuki, by artysta wracał do Polski jak najczęściej – szczególnie do Poznania, gdzie było nad wyraz queerowo i artystycznie. Doświadczenie przebywania w tłumie w puchatych czapkach-rybaczkach, śpiewającego każde słowo do utworów nowej, rosnącej gwiazdy, było niezapomniane.


