Historia muzyki popularnej pokazuje, że artyści jednego przeboju są zjawiskiem stałym i pojawiają się rokrocznie. Wydają jeden niezapomniany utwór, zdobywają popularność na jakiś czas, a potem znikają z radarów słuchaczy. Często nie z własnej woli. Tak po prostu się dzieje. Vanessa Carlton to artystka, która musiała zmierzyć się z mało przyjemną łatką one-hit wonder. Jej debiutancki singiel A Thousand Miles, wydany w 2002 roku, znają najprawdopodobniej wszyscy. Przyjemna melodia i ładny wokal zachwyciły cały świat. Utwór doczekał się później wielu coverów, a popularne stacje radiowe nadal chętnie go grają. Czternaście lat później, Amerykanka ma na swoim koncie pięć studyjnych albumów. Najnowsze dzieło Liberman zadebiutowało na Starym Kontynencie w kwietniu.
Muzyka Vanessy Carlton opierała się głównie na delikatnych dźwiękach fortepianu i jej wokalu. Mimo ładnych piosenek oraz przyzwoitej warstwy tekstowej, sukces komercyjny ominął piosenkarkę szerokim łukiem. Wokalistka, niezrażona niepowodzeniami, tworzyła kolejne albumy. Trudne chwile pojawiły się także w jej życiu prywatnym. Kilka tygodni po ogłoszeniu informacji o pierwszym dziecku w 2013 roku, musiała poddać się operacji jego usunięcia. Okazało się, że ciąża nie rozwija się prawidłowo oraz poważnie zagraża jej życiu. Pomimo bolesnego doświadczenia, artystka stanęła na nogi, wyszła za mąż, przeprowadziła się do Nashville i została po raz pierwszy matką.
Wspomniane wydarzenia ukształtowały nową twórczość 35-letniej piosenkarki. Słychać to dobrze na albumie Liberman. Jak przyznała sama Vanessa, wydawnictwo brzmi spokojnie, bo taki był pierwotny zamiar. Faktycznie, tak właśnie można zdefiniować ten krążek. Na próżno tu szukać skocznych, wesołych melodii. Więcej tu łagodnego dream popu, folku, a nawet elementów synthpopowych.
Wydawnictwo otwiera utwór Take It Easy, który może nieco zmylić słuchaczy. Pulsujący, nieco taneczny beat to spora niespodzianka, jeżeli chodzi o twórczość Carlton. Spokojna gra syntezatorów tworzy naprawdę intersujący, głęboki klimat i co najważniejsze – działa na korzyść wokalistki. Tak ciekawy opening track zachęca do poznania nowego albumu.
Fortepian oraz głos to nadal dwa główne atuty muzyki Amerykanki. Mimo łagodnego wokalu, Carlton nie tworzy muzyki słodkiej czy głupiutko brzmiącej. Dobrze wykorzystuje swoje atuty. Pejzaż dźwiękowy, który buduje wokalem artystka jest lekki i ma coś kojącego w sobie. Spokojne Blue Pool, subtelne Nothing Where Something Used to Be, refleksyjne River czy folkowe Matter Of Time pokazują wyjątkową siłę muzyki Vanessy. To relaksacyjny pop, którego po prostu przyjemnie się słucha. Nie wymaga dużo uwagi, nie sprawia wiele trudności, ale umila czas.
Lirycznie nie jest już tak słodko. Choć wydźwięk albumu jest dość pogodny, artystka nie unika trudnych dla siebie tematów. Buduje muzyczne obrazy opierając się na złożonych tekstach, w których znajdziemy dużo momentów odwołujących się do trudnej przeszłości.
House Of Seven Swords hipnotyzuje bajkowym klimatem, a pierwszy singiel Operator zaskakuje mocnym, groźnym brzmieniem. Nie pomyślałbym, że Amerykanka potrafi stworzyć taki utwór. Największe wrażenie robi kilkudziesięciosekundowe outro z mocno zaakcentowanymi klawiszami. Świetna kompozycja.
Liberman nie jest płytą wybitną czy powalającą na kolana. Nic nie szkodzi. Wydaje się, że Vanessa Carlton, mimo wielu wzlotów czy upadków, odnalazła swoje idealne miejsce w świecie i tworzy taką muzykę, jaką pragnie. To jest najważniejsze. Udało jej się stworzyć dzieło dojrzałe, eleganckie oraz niezwykle spójne. Nie znajdziemy na tym albumie platynowych hitów, które będą odtwarzane miliony razy. Triumf komercyjny nie jest i nie powinien być żadnym wyznacznikiem, a zwłaszcza – wyznacznikiem jakości. Warto poznać jej najnowsze dzieło. Mimo łatki artystki jednego przeboju, Carlton udowodniła, że zasługuje na większa uwagę oraz szacunek, a jej muzyka daje wiele przyjemności.

